Potężny fundusz szansą na ożywienie (w) Unii Europejskej

Francja i Niemcy proponują stworzenie specjalnego funduszu rekonstrukcji po kryzysie epidemicznym. Fundusz ma mieć duży potencjał finansowy, więc to potencjalnie może być ważny krok dla Unii Europejskiej i istotne narzędzie wspierania dynamicznego ożywienia gospodarczego. Nie jest to może dla UE tzw. gamechanger, ale skłonny jestem sądzić, że z perspektywy UE to najbardziej pozytywna informacja od wielu miesięcy. Unia tego potrzebowała i Polska też tego potrzebowała. Choć diabeł będzie oczywiście tkwił w szczegółach.

Fundusz ma mieć wielkość 500 mld euro, co stanowi niemal 4 proc. PKB krajów UE i (uwaga, uwaga…) ok. 50 proc. w relacji do wielkości obecnego, wieloletniego budżetu UE. Czyli w relacji do rocznego budżetu UE to może być ok. 300 proc. Fundusz ma być finansowany przez emisję obligacji przez Komisję Europejską, gwarantowanych dochodami z budżetu UE. Jeżeli pieniądze z funduszu byłyby wydane relatywnie szybko – powiedzmy w ciągu do dwóch lat – to mogłyby na przykład podnieść o połowę wielkość inwestycji publicznych w UE, a w mocniej dotkniętych kryzysem krajach nawet podwoić inwestycje. Oczywiście nie wiemy, czy pieniądze byłyby przeznaczone na inwestycje, ale taki cel należałby na pewno do najbardziej efektywnych pod względem wpływu na dynamikę PKB w okresie wychodzenia z recesji.

Ale znaczenie funduszu wykracza poza kwestie czysto finansowe. Z Polski tego nie widać dobrze, ale UE znalazła się w egzystencjalnym kryzysie w ostatnich dwóch miesiącach. Brak solidarności finansowej w obliczu niespotykanego wcześniej załamania PKB sprawił, że w krajach dotkniętych kryzysem gwałtownie wzrosły antyeuropejskie nastroje. Nawet liberalni i proeuropejscy Włosi pisali, że integracja europejska bez solidarności traci sens (patrz na przykład artykuł profesora Uniwersytetu Chicago Lugiego Zingalesa). Łącząc to z faktem, że kraje odzyskały kontrolę nad politykami, które mają duży potencjał do generowania konfliktów międzynarodowych (np. ochrona granic, pomoc publiczna dla firm), otrzymaliśmy wybuchową mieszankę, która docelowo mogła doprowadzić nawet do wzmocnienia procesów dezintegracyjnych w Europie.

Stworzenie funduszu rekonstrukcji to może być pierwszy krok w ostatnich miesiącach realnie ratujący integrację europejską. Dla Polski to bardzo ważne, ponieważ – w moim przekonaniu – integracja europejska to jeden z najważniejszych fundament naszych sukcesów gospodarczych i awansu cywilizacyjnego.

Ale jest też inny, bardziej prozaiczny powód, dla którego stworzenie funduszu może być korzystne dla Polski – może nas uratować przed dalszą utratą funduszy europejskich w nowej perspektywie finansowej. W obliczu gigantycznego kryzysu na południu Europy, cięcie alokacji dla lepiej radzących sobie krajów Europy Środkowej byłoby niemal pewne.

To wszystko brzmi pięknie, ale droga do funduszu jest jeszcze niestety daleka. Żeby stał się on efektywnym narzędziem polityki gospodarczej musi zostać spełnionych kilka istotnych warunków. Po pierwsze, Unia Europejska będzie potrzebowała nowych źródeł dochodów do obsługi kosztów nowego zadłużenia. To jest akurat zbieżne z postulatami Polski, ale w praktyce może być trudne politycznie. Po drugie, obligacje powinny być w grupie papierów wartościowych podlegających skupowi przez Europejski Bank Centralny, zarówno w ramach normalnych operacji płynnościowych z bankami, jak też w ramach działań kryzysowych. Po trzecie, na fundusz będą musiały zgodzić się wszystkie kraje UE, a kilka z nich już zapowiedziało sprzeciw. Warto jednak za ten projekt trzymać kciuki.

PB Forecast

Powyższy tekst pochodzi z newslettera Dane Dnia prowadzonego przez Ignacego Morawskiego, dyrektora centrum analiz SpotData. Chcesz codziennie takie informacje na swoją skrzynkę? Zapisz się na newsletter SpotData.

O Autorze:

Ignacy Morawski

Ignacy Morawski, dyrektor centrum analiz SpotData

Ignacy Morawski jest pomysłodawcą projektu i szefem zespołu SpotData. Przez wiele lat pracował w sektorze bankowym (WestLB, Polski Bank Przedsiębiorczości), gdzie pełnił rolę głównego ekonomisty. W latach 2012-16 zdobył wiele wyróżnień w licznych rankingach, zajmując m.in. dwukrotnie miejsce na podium konkursu na najlepszego analityka makroekonomicznego organizowanego przez „Rzeczpospolitą” i Narodowy Bank Polski. W 2017 roku znalazł się na liście New Europe 100, wyróżniającej najbardziej innowacyjne osoby Europy Środkowej, publikowanej przez „Financial Times”. Absolwent ekonomii na Uniwersytecie Bocconi w Mediolanie i nauk politycznych na Uniwersytecie Warszawskim.

 

 

Polska z relatywnie niewielkim spadkiem PKB. Czy to się może utrzymać?

Polska zanotowała dość płytki spadek PKB na tle innych krajów europejskich w pierwszym kwartale, choć to wciąż to był jeden z najgłębszych spadków w naszej młodej historii gospodarki rynkowej. Można zadać pytanie, czy możemy utrzymać tę relatywną odporność też w kolejnych kwartałach? Sprzyjać temu powinien relatywnie niski stopień rozwoju kraju, który – tak jak w czasie kryzysu finansowego – blokuje najważniejsze kanały rozchodzenia się fal kryzysowych. Ale nie łudźmy się, że będziemy zieloną wyspą. Nie będziemy.

W pierwszym kwartale polski PKB spadł o 0,5 proc. kwartał do kwartału. Wynik w ujęciu rok do roku wciąż był na plusie – 1,9 proc., co zawdzięczamy szybkiemu wzrostowi w poprzednich kwartałach. To są niezłe wyniki na tle tego, co działo się w innych krajach. PKB całej Unii Europejskiej spadł w pierwszym kwartale o 3,3 proc. w stosunku do ostatnich trzech miesięcy poprzedniego roku. Liderami spadków były oczywiście kraje najmocniej dotknięte epidemią, czyli Włochy, Francja i Hiszpania. Ale mocne spadku zanotowały też kraje, które z falą choroby poradziły sobie sprawnie – m.in. Czechy czy Niemcy.

Dlaczego spadek w Polsce był płytszy niż średnio w UE? Powody są zasadniczo trzy. Po pierwsze, mieliśmy znacznie mniejszą falę epidemii, co sprawiło, że mniejszy był strach ludności i łagodniejsze obostrzenia działalności gospodarczej. W Polsce liczba zarejestrowanych oficjalnie zgonów na COVID-19 jest ok. 40 razy niższa (!) niż we Włoszech czy Francji. Po drugie, mamy w Polsce znacznie mniejszy niż średnia europejska udział usług w PKB – a to usługi były najmocniej dotknięte zakazami w czasie kwarantanny. Po trzecie, mamy znacznie niższy niż Niemcy czy Czechy udział branży motoryzacyjnej w PKB, a motoryzacja była najmocniej dotkniętą kryzysem branżą przemysłową.

Te czynniki będą też sprzyjały Polsce w kolejnych miesiącach. Niski udział usług w PKB, mniejsze niż u sąsiadów oparcie gospodarki na motoryzacji, mniejsze zadłużenie firm niż w krajach rozwiniętych, możliwość korzystania z deprecjacji waluty – to wszystko działa trochę jak kamizelka kuloodporna. Natura tego kryzysu jest zupełnie inna niż kryzysu finansowego sprzed 10 lat, ale łączy je jedna cecha: uderza w serce gospodarek rozwiniętych, czyli usługi oparte na interakcjach społecznych. Polska jest relatywnie słabo rozwinięta na tle innych krajów UE, więc jest też bardziej odporna.

Ale jednocześnie z pewnym zażenowaniem czytam wiadomości jakoby Polska miała być jakoś wyjątkowo odporna na kryzys. Setki tysięcy ludzi stracą pracę, setki firm stracą rynki zbytu, wiele z nich na długo, przechodzimy przez naprawdę potężny wstrząs. To, że on jest mniej silny niż w innych krajach, nie czyni go mniej bolesnym. Co więcej, są pewne czynniki ryzyka, które mogą zacząć oddziaływać na niekorzyść Polski. Mamy niższą wiarygodność kredytową niż inne kraje UE, co w razie powrotu wysokiej fali epidemii będzie działało na naszą niekorzyść. Mamy mocno ograniczone zasoby ochrony zdrowia, a w razie globalnego wyścigu o szczepionkę na pewno dostaniemy do niej dostęp później niż kraje rozwinięte inwestujące w nią najwięcej. Dodajmy jeszcze ryzyko związane z prawdopodobnym cięciem funduszy UE dostępnych dla Polski ze względu na konieczność zwiększenia finansowania Włoch i Hiszpanii.

System międzynarodowy jest formą rywalizacji o miejsce w łańcuchach dostaw, więc patrzenie na gospodarkę przez pryzmat relatywnych wyników ma pewien sens. I widzę szansę, by Polska mogła wyjść z kryzysu w relatywnie mocniejszej formie niż niektóre inne kraje unijnych peryferii. Ale to nie jest czas na narrację triumfu.

PB Forecast

Powyższy tekst pochodzi z newslettera Dane Dnia prowadzonego przez Ignacego Morawskiego, dyrektora centrum analiz SpotData. Chcesz codziennie takie informacje na swoją skrzynkę? Zapisz się na newsletter SpotData.

O Autorze:

Ignacy Morawski

Ignacy Morawski, dyrektor centrum analiz SpotData

Ignacy Morawski jest pomysłodawcą projektu i szefem zespołu SpotData. Przez wiele lat pracował w sektorze bankowym (WestLB, Polski Bank Przedsiębiorczości), gdzie pełnił rolę głównego ekonomisty. W latach 2012-16 zdobył wiele wyróżnień w licznych rankingach, zajmując m.in. dwukrotnie miejsce na podium konkursu na najlepszego analityka makroekonomicznego organizowanego przez „Rzeczpospolitą” i Narodowy Bank Polski. W 2017 roku znalazł się na liście New Europe 100, wyróżniającej najbardziej innowacyjne osoby Europy Środkowej, publikowanej przez „Financial Times”. Absolwent ekonomii na Uniwersytecie Bocconi w Mediolanie i nauk politycznych na Uniwersytecie Warszawskim.

 

 

Eksport do Niemiec wzrósł mimo lockdownu

Handel zagraniczny Polski na kierunku Włochy/Francja załamał się. Ale jednocześnie handel w ramach Europy Środkowej, z uwzględnieniem Niemiec, był dość stabilny. Takie są pierwsze wnioski z danych o handlu zagranicznym za marzec. Intrygująca jest ta stabilność handlu w naszym regionie, w warunkach załamania produkcji motoryzacyjnej.

Cały polski eksport towarów spadł w marcu o 7,5 proc. rok do roku, a eksport usług o 10,6 proc. (według danych NBP) Były to oczywiście najsłabsze odczyty od czasów wielkiego kryzysu finansowego (towary) i kryzysu strefy euro (usługi).

Rozbicie geograficzne pokazuje jednak ogromne zróżnicowanie* w dynamice sprzedaży zagranicznej (wg danych GUS). Eksport do Niemiec wzrósł w marcu w przybliżeniu** o 2,5 proc. rok do roku, do Czech spadł tylko o 2,4 proc., za to eksport do Francji spadł aż o 28 proc., a do Włoch o 23 proc. Co ciekawe, mocno wzrósł eksport do Rosji.

Widać więc, że Europa Środkowo-Wschodnia jest mniej dotknięta zaburzeniami aktywności gospodarczej niż Europa Zachodnia. Oczywiście dane za kolejne miesiące mogą wyglądać inaczej. Zobaczymy, czy polscy dostawcy zostaną dotknięci przez ewidentne pogorszenie perspektyw niemieckich producentów na rynkach światowych.

Chciałbym dziś Państwa zachęcić do subskrypcji PB Forecast, który przygotowują analitycy SpotData. Jest to codzienny serwis z najważniejszymi danymi ekonomicznymi. Do wyboru mamy cztery serwisy: Makro UE (dla krajów Unii), Makro Wschód (dla Białorusi, Rosji i Ukrainy), Opakowania (dla producentów opakowań) i Metale (dla producentów i dystrybutorów metali). Teraz PB Forecast jest dostępny przez miesiąc w promocyjnej cenie. Informacje znajdą Państwo na banerze poniżej.

PB Forecast

*Dane o eksporcie ogółem przedstawiłem na podstawie statystyk NBP, które są w tym momencie dokładniejsze. Natomiast dane w rozbiciu geograficznym przedstawiłem na podstawie statystyk GUS, które w tym momencie są mocno niedokładne **GUS podał na razie dane tylko w zaokrągleniu do 100 mln euro, co oznacza, że finalnie dynamiki eksportu mogą się różnić nawet o kilka procent.

Powyższy tekst pochodzi z newslettera Dane Dnia prowadzonego przez Ignacego Morawskiego, dyrektora centrum analiz SpotData. Chcesz codziennie takie informacje na swoją skrzynkę? Zapisz się na newsletter SpotData.

O Autorze:

Ignacy Morawski

Ignacy Morawski, dyrektor centrum analiz SpotData

Ignacy Morawski jest pomysłodawcą projektu i szefem zespołu SpotData. Przez wiele lat pracował w sektorze bankowym (WestLB, Polski Bank Przedsiębiorczości), gdzie pełnił rolę głównego ekonomisty. W latach 2012-16 zdobył wiele wyróżnień w licznych rankingach, zajmując m.in. dwukrotnie miejsce na podium konkursu na najlepszego analityka makroekonomicznego organizowanego przez „Rzeczpospolitą” i Narodowy Bank Polski. W 2017 roku znalazł się na liście New Europe 100, wyróżniającej najbardziej innowacyjne osoby Europy Środkowej, publikowanej przez „Financial Times”. Absolwent ekonomii na Uniwersytecie Bocconi w Mediolanie i nauk politycznych na Uniwersytecie Warszawskim.

 

 

Lekki powiew optymizmu

Rząd zapowiedział zniesienie od najbliższego poniedziałku kolejnych restrykcji w aktywności gospodarczej i społecznej. Wychodzenie ze społecznej kwarantanny przebiega nieco szybciej niż można było oczekiwać. Są też pewne nieśmiałe anegdotyczne sygnały, że aktywność konsumentów wyraźnie się podniosła. Ale na horyzoncie wciąż wisi ciemna chmura w postaci „niewypłaszczonej” krzywej zachorowań w paru województwach – co pokazuję na wykresie. 

Od poniedziałku działalność mogą rozpocząć usługi fryzjerskie i kosmetyczne oraz punkty gastronomiczne. Oczywiście w zaostrzonym rygorze sanitarnym. Można więc powiedzieć, że wiele istotnych branż usługowych zostało już odblokowanych. W zamknięciu pozostają jeszcze imprezy masowe, wszystkie aktywności wymagające zgromadzeń, czy transport lotniczy. Istotnym ograniczeniem gospodarczym jest też utrzymujące się zamknięcie szkół, które obniża podaż pracy i tym samym aktywność gospodarczą. Wprawdzie od 25. maja ruszyć ma opieka nad dziećmi z klas 1-3, ale sądząc po doświadczeniach z otwieraniem przedszkoli nie możemy oczekiwać masowego powrotu dzieci do szkół.

Istotne jest jednak, że konsumpcja zaczyna odżywać. Banki podają, że aktywność płatnicza konsumentów wyraźnie wzrosła w pierwszej dekadzie maja. Na przykład, z danych podawanych na Twitterze przez mBank wynika*, że w między 4 a 10 dniem miesiąca maja transakcje konsumentów były o ok. 13 proc. niższe niż w analogicznych dniach zeszłego roku, podczas gdy analogiczna analiza dla kwietnia wykazywała spadek o ok. 33 proc. rok do roku. Dość podobne dane pokazał bank PKO BP.

Są też inne tzw. dowody anegdotyczne. Rozmawiałem wczoraj z przedstawicielem jednej z branż usługowych, który twierdzi, że niektóre firmy z jego branży notują taki wzrost obrotów, że muszą rezygnować z możliwości odstawienia pracowników na „postojowe”. Nie jest to w żadnej mierze powrót do normalności, ale wyjście z kwietniowego dołka jest odczuwalne.

Maj jest zatem okresem testowania nastrojów konsumentów po kwarantannie. Z największą ciekawością czekam na odczyty indeksów nastrojów pod koniec miesiąca. Bo na razie sygnały, o których piszę, są niemal wyłącznie z bardzo ograniczonych źródeł, lub wręcz wyłącznie anegdotyczne. 

Ale najbliższe dni będą też okresem testowania sprawności administracji. Zobaczymy, jak system ochrony zdrowia oraz inspekcja sanitarna poradzą sobie z dużym ogniskiem zakażeń COVID-19 w kopalniach na Śląsku. Na razie widać, że rząd jest przekonany, że to ognisko można opanować bez nakładania dodatkowych restrykcji na aktywność ludności w województwie. Miejmy nadzieję, że to się uda.

* Bank nie podał dokładnych liczb, a jedynie wykres – wniosek ilościowy jest mój

PB Forecast

Powyższy tekst pochodzi z newslettera Dane Dnia prowadzonego przez Ignacego Morawskiego, dyrektora centrum analiz SpotData. Chcesz codziennie takie informacje na swoją skrzynkę? Zapisz się na newsletter SpotData.

O Autorze:

Ignacy Morawski

Ignacy Morawski, dyrektor centrum analiz SpotData

Ignacy Morawski jest pomysłodawcą projektu i szefem zespołu SpotData. Przez wiele lat pracował w sektorze bankowym (WestLB, Polski Bank Przedsiębiorczości), gdzie pełnił rolę głównego ekonomisty. W latach 2012-16 zdobył wiele wyróżnień w licznych rankingach, zajmując m.in. dwukrotnie miejsce na podium konkursu na najlepszego analityka makroekonomicznego organizowanego przez „Rzeczpospolitą” i Narodowy Bank Polski. W 2017 roku znalazł się na liście New Europe 100, wyróżniającej najbardziej innowacyjne osoby Europy Środkowej, publikowanej przez „Financial Times”. Absolwent ekonomii na Uniwersytecie Bocconi w Mediolanie i nauk politycznych na Uniwersytecie Warszawskim.

 

 

Inwestorzy uwierzyli w Nowy Cyfrowy Świat Postepidemiczny

To ma być rzekomo największa gospodarcza depresja od czasów starożytnych od Wielkiej Depresji lat 30. A tymczasem w ostatnich dwóch dniach amerykański indeks giełdowy Nasdaq wyszedł na plus patrząc od początku roku. Inne indeksy nie wyglądają dużo gorzej, ale chcę skupić się na Nasdaq. Wygląda na to, że inwestorzy wierzą w Nowy Cyfrowy Świat – gospodarka fizyczna kuleje, ale gospodarka cyfrowa ma rosnąć w siłę. Nie będziemy latać samolotami, ale surfować więcej w sieci. Pisałem o tym już zresztą parę tygodni temu, teraz tę wiarę widać jeszcze mocniej. Może już nawet za mocno?

W poniedziałek Nasdaq zakończył dzień 2,4 proc. powyżej zamknięcia z końca zeszłego roku. Indeks jest też zaledwie 4 proc. poniżej poziomu z 20 lutego, kiedy na całego zaczęła się giełdowa panika związana z epidemią. Moc spółek technologicznych nie jest zresztą tylko domeną amerykańskiej giełdy. Polski indeks WIG-Info jest dużo wyżej niż na początku roku, czy nawet pod koniec lutego. Kiedy wszędzie słychać o rosnącym bezrobociu i setkach/tysiącach firm tracących grunt, ceny akcji polskich firm informatycznych, jak Assecco i Comarch, czy świadczących usługi cyfrowe, jak LiveChat, są na maksimach lub blisko wieloletnich maksimów.

Giełdą rzadko się zajmuję w tym newsletterze, ale opisywane zjawiska wydają się nieść potencjalnie ciekawy sygnał. Może ten ruch do sieci rzeczywiście zostanie z nami na stałe? Ludzie znacznie zwiększą popyt na usługi cyfrowe, od e-commerce po e-learning. Może nie będą mieli wyboru. Jeżeli epidemiolodzy mają rację, to świat w dotychczasowej formie nie wróci prędko. Bill Gates, mający duże rozeznanie w temacie epidemii ze względu na aktywność swojej fundacji, twierdzi, że dopóki nie będzie leku o skuteczności co najmniej 95 proc., pełnego powrotu do świata sprzed epidemii nie będzie. A szanse na taki lek lub miks leków w tym roku nie są wysokie. Zostaje więc nam zdalne biuro, zdalna szkoła, zdalne filmy, zdalne wizyty w muzeum, zdalne zakupy. Ktoś na tym będzie musiał skorzystać i prawdopodobnie będą to niektóre spółki cyfrowe.

Ale część analityków wskazuje też na inne czynniki stojące za dużym zainteresowaniem inwestycjami w spółki technologiczne. Po pierwsze, na giełdy trafiła duża fala nowych inwestorów, szukających alternatywy w świecie bardzo niskich stóp procentowych. Oni po prostu kupują to, co jest najmniej narażone na efekty epidemii – niekoniecznie musi to sygnalizować wiarę w cyfrową transformację. Po drugie, spółki technologiczne są często mniej zadłużone, a w warunkach potężnego wstrząsu makroekonomicznego dług jest jak worek z kamieniami uczepiony u nogi biegacza. Inwestorzy relokują kapitał w stronę bezpieczniejszych firm.

Ja myślę, że jest szansa, iż wiele procesów cyfrowych w gospodarce mocno przyspieszy. Ale czy będzie to Nowy Świat Cyfrowy? Chyba nie aż tak, by na swoją arkę przyjąć wszystkie podmioty z obszaru ICT. Jeżeli wstrząs gospodarczy będzie relatywnie krótki, to świat nie zmieni się aż tak bardzo jak wydaje się przestraszonym komentatorom. Z kolej, jeżeli wstrząs będzie głęboki i długi to bardzo mocno straci też duża część spółek technologicznych.

Powyższy tekst pochodzi z newslettera Dane Dnia prowadzonego przez Ignacego Morawskiego, dyrektora centrum analiz SpotData. Chcesz codziennie takie informacje na swoją skrzynkę? Zapisz się na newsletter SpotData.

O Autorze:

Ignacy Morawski

Ignacy Morawski, dyrektor centrum analiz SpotData

Ignacy Morawski jest pomysłodawcą projektu i szefem zespołu SpotData. Przez wiele lat pracował w sektorze bankowym (WestLB, Polski Bank Przedsiębiorczości), gdzie pełnił rolę głównego ekonomisty. W latach 2012-16 zdobył wiele wyróżnień w licznych rankingach, zajmując m.in. dwukrotnie miejsce na podium konkursu na najlepszego analityka makroekonomicznego organizowanego przez „Rzeczpospolitą” i Narodowy Bank Polski. W 2017 roku znalazł się na liście New Europe 100, wyróżniającej najbardziej innowacyjne osoby Europy Środkowej, publikowanej przez „Financial Times”. Absolwent ekonomii na Uniwersytecie Bocconi w Mediolanie i nauk politycznych na Uniwersytecie Warszawskim.

 

USA i Europa różnie podchodzą do zwalniania pracowników. Kto lepiej?

Amerykańska stopa bezrobocia osiągnęła tak stratosferyczny poziom, że musi być potraktowane jako „Dane Dnia”. Ale nie chciałbym jedynie epatować pesymistycznym opisem sytuacji, bo tego mamy po uszy – każda istotna zmienna makroekonomiczna wygląda dziś fatalnie. Patrząc na te dane z USA zadaję sobie głębsze pytanie: czy swoboda z jaką firmy mogą zwalniać pracowników jest czymś, czego powinniśmy Amerykanom zazdrościć, czy raczej czego należy im współczuć?

Stopa bezrobocia w Stanach Zjednoczonych wzrosła w kwietniu do 14,7 proc., wobec 4,4 proc. w marcu. To najwyższy poziom od kiedy rozpoczęły się porównywalne pomiary po drugiej wojnie światowej. Jak widać na wykresie, wzrost wykracza wielokrotnie poza obserwowaną dotychczas zmienność. W sytuacji zamrożenia dużej części aktywności gospodarczej tamtejsze firmy niemal z dnia na dzień po prostu zwolniły proporcjonalną część siły roboczej.

Dla porównania pierwsze dane napływające z Europy pokazują, że w takich krajach jak Niemcy czy Polska wzrost stopy bezrobocia ogranicza się do ok. 0,5 pkt proc. w ciągu miesiąca – jest istotny, ale nieporównywalny z tym, co stało się w USA. Firmy w Europie nie zwalniają pracowników, tylko utrzymują ich na skróconym wymiarze godzin, korzystając z pomocy państwa (choć dalszy wzrost bezrobocia jest pewny).

Który system jest lepszy? Amerykański, z możliwością szybkiego zwalniania pracowników, czy europejski, w którym państwo pomaga podtrzymywać miejsca pracy?

To pytanie stare jak świat, coś jak dylemat Messi czy Ronaldo, i wykracza poza kwestie dotyczące zatrudnienia. Każdy ma swój typ, oparty o preferowany zestaw wartości. Amerykanie mają więcej wolności biznesowej i więcej nierówności, Europejczycy są bardziej socjalni, ale mają znacznie bardziej zrównoważone społeczeństwa. Ekonomista Daron Acemoglu pisał kiedyś ciekawie, że różnice między systemem europejskim są komplementarne, a nie konkurencyjne – Europa oferuje obywatelom większy zakres bezpieczeństwa socjalnego i średnio wyższy standard życia, ale z kolei postęp gospodarczy ogółem na świecie byłby prawdopodobnie niemożliwy bez amerykańskiego systemu opartego o większą konkurencję i socjalną bezwzględność. Bezpieczeństwo i postęp do dwie strony tego samego medalu współczesnego dobrobytu, a dwie strony Atlantyku jakby podzieliły się odpowiedzialnością z nie.

Doceniając fakt, że każdy system ma rolę do odegrania, ja jestem zdecydowanie zwolennikiem podejścia europejskiego. Po pierwsze dlatego, że na prawdo do pracy patrzę jak na element zestawu praw człowieka – to coś więcej niż kwestia efektywności. Po drugie, nawet z punktu widzenia efektywności amerykański system ma w moim przekonaniu mało zalet. Liczba istotnych wskaźników rozwojowych, które w Europie wyglądają znacznie lepiej niż w USA, jest wręcz przytłaczająca. USA dominują w jednym – w PKB per capita; w innych istotnych wskaźnikach Europa ma bezwzględną przewagę: ma wyższą stopę aktywności zawodowej (większy odsetek ludzi w wieku produkcyjnym jest na rynku pracy w UE niż w USA), niższą stopę ubóstwa, wyższa oczekiwaną długość życia, mniejsze nierówności dochodowe, większą mobilność społeczną (tak, to zaskakujące, ale tak jest – przynajmniej u europejskich liderów pod tym względem). Możnaby długo wymieniać. Ekonomista Thomas Philippon wydał niedawno książkę, w której przekonuje, że nawet w dziedzinie konkurencyjności gospodarki USA zaczęły w ostatnich dekadach ustępować Europie, co wynika z rosnącej roli monopoli w amerykańskiej gospodarce.

Ale oczywiście eksperymentu pt. kto lepiej zareagował na epidemię nie się rozstrzygnąć ex ante. Musimy poczekać wiele miesięcy, by zobaczyć, która gospodarka będzie startowała szybciej.

 

O Autorze:

Ignacy Morawski

Ignacy Morawski, dyrektor centrum analiz SpotData

Ignacy Morawski jest pomysłodawcą projektu i szefem zespołu SpotData. Przez wiele lat pracował w sektorze bankowym (WestLB, Polski Bank Przedsiębiorczości), gdzie pełnił rolę głównego ekonomisty. W latach 2012-16 zdobył wiele wyróżnień w licznych rankingach, zajmując m.in. dwukrotnie miejsce na podium konkursu na najlepszego analityka makroekonomicznego organizowanego przez „Rzeczpospolitą” i Narodowy Bank Polski. W 2017 roku znalazł się na liście New Europe 100, wyróżniającej najbardziej innowacyjne osoby Europy Środkowej, publikowanej przez „Financial Times”. Absolwent ekonomii na Uniwersytecie Bocconi w Mediolanie i nauk politycznych na Uniwersytecie Warszawskim.

 

Polska dokłada do pieca prawie najmocniej wśród krajów UE

Analizy Komisji Europejskiej wskazują, że Polska zastosowała prawie największy (w relacji do PKB) program wsparcia fiskalnego gospodarki wśród wszystkich krajów Unii Europejskiej. Jest to sprzeczne z intuicją, która podpowiada, że największe zdolności fiskalne powinny mieć kraje najbardziej wiarygodne, a mniejsze – rynki wschodzące. Ale zdarza się to przecież nie pierwszy raz. W latach 2008-2009 Polska należała do krajów o największej stymulacji fiskalnej. I dobrze na tym wyszliśmy. Możemy mieć nadzieję, że tym razem będzie podobnie.

Wielkość wsparcia budżetowego dla gospodarki mierzyć jako zmianę deficytu sektora instytucji rządowych i samorządowych między 2019 i 2020 r. Najlepiej po odjęciu kosztów obsługi długu i efektów cyklicznych. Chodzi zatem o zmianę wskaźnika, który fachowo nazywa się cyklicznie wyrównanym bilansem pierwotnym.

Prognozy Komisji Europejskiej wskazują, że tak mierzona stymulacja fiskalna będzie w Polsce drugą największą w krajach UE. Powiększymy wskaźnik deficytu do PKB aż o 5,4 pkt proc., podczas gdy średnia dla Unii Europejskiej wynosi 3,6 proc. Znaleźliśmy się też w dość zaszczytnym gronie – między Danią a Niemcami, krajami z najwyższą wiarygodnością kredytową.

Czy to dobrze? Sądzę, że dobrze. Kryzys jest głęboki i to nie jest czas na oszczędzanie w budżecie. Gospodarstwa domowe zaczęły mocno oszczędzać, więc jeżeli rząd nie zrównoważy tego skokowym wzrostem deficytu (czyli ujemnych oszczędności) to dojdzie do gigantycznego wzrostu bezrobocia. A mamy w miarę zdrową strukturę gospodarki, o którą warto walczyć.

Tak mocne i szybkie powiększenie deficytu na pewno niesie ze sobą ryzyka. Ale dziś nie ma wyborów bez dużego ryzyka.

 

O Autorze:

Ignacy Morawski

Ignacy Morawski, dyrektor centrum analiz SpotData

Ignacy Morawski jest pomysłodawcą projektu i szefem zespołu SpotData. Przez wiele lat pracował w sektorze bankowym (WestLB, Polski Bank Przedsiębiorczości), gdzie pełnił rolę głównego ekonomisty. W latach 2012-16 zdobył wiele wyróżnień w licznych rankingach, zajmując m.in. dwukrotnie miejsce na podium konkursu na najlepszego analityka makroekonomicznego organizowanego przez „Rzeczpospolitą” i Narodowy Bank Polski. W 2017 roku znalazł się na liście New Europe 100, wyróżniającej najbardziej innowacyjne osoby Europy Środkowej, publikowanej przez „Financial Times”. Absolwent ekonomii na Uniwersytecie Bocconi w Mediolanie i nauk politycznych na Uniwersytecie Warszawskim.

 

Stopa bezrobocia wzrosła bardzo mocno, ale widać też jaskółki

Stopa bezrobocia w Polsce lekko wzrosła w kwietniu. To „lekko” mogło sprawić wrażenie, że nic strasznego się nie dzieje. Ale po uwzględnieniu efektów sezonowych widać, że wzrost jest tak naprawdę silny: to pierwszy kwietniowy wzrost stopy bezrobocia od … 1992 r. W kolejnych miesiącach można oczekiwać dalszego wzrostu, choć wsparcie rządu może sprawić, że nie dojdziemy z bezrobociem do dwucyfrowych poziomów.

W kwietniu stopa bezrobocia wyniosła 5,7 proc., wobec 5,4 proc. w marcu – podało wstępnie Ministerstwo Rodziny Pracy i Polityki Społecznej. To oznacza ok. 50 tys. dodatkowych bezrobotnych. Biorąc pod uwagę, że w Polsce pracuje ok. 17 milionów ludzi, nie wydaje się to dużo. Ale trzeba pamiętać, że rynek pracy reaguje na wstrząs zawsze powoli. Wiele osób ma przecież długie okresy wypowiedzenia.

Trzeba też zwrócić uwagę na inny czynnik – sezonowość. W kwietniu stopa bezrobocia zawsze spadała. Zawsze od 1992 r. Teraz mamy wzrost. To pokazuje jak trudna stała się sytuacja na rynku pracy. Ani kryzys strefy euro w 2012 r., ani wielki kryzys finansowy w 2008 r., ani recesja z 2002 r., ani kryzys rosyjski z 1998 r. nie zdołały wywołać wzrostu stopy bezrobocia w kwietniu. Zrobiła to dopiero pandemia koronawirusa. Po uwzględnieniu czynników sezonowych stopa bezrobocia wzrosła z 5,1 do 5,6 proc. i był to najmocniejszy wzrost od stycznia 2002 r., a nie uwzględniając ówczesnej zmiany metodologii od … grudnia 1991 r. (obliczenia własne).

Jednocześnie można zauważyć pozytywne zjawiska. Na przykład, Polski Instytut Ekonomiczny, który prowadzi regularnie badania ankietowe wśród firm, podaje, że odsetek przedsiębiorstw skłonnych do zwalniania pracowników w ostatnich paru tygodniach malał. Po pierwszym wstrząsie nastąpiło pewne uspokojenie. Co więcej, zaczyna działać już program pomocy finansowej firmom, co szczególnie w przypadku programu Polskiego Funduszu Rozwoju o łącznej wartości 100 mld zł może stanowić czynnik zniechęcający do zwolnień. Wreszcie, trzeba wziąć pod uwagę fakt, że odmrożenie gospodarki zaczęło się nieco wcześniej od oczekiwań. Otwarcie galerii handlowych już na początku maja było pewnym zaskoczeniem.

Łącząc te wszystkie fakty można dojść do wniosku, że skok stopy bezrobocia nie musi być tak gwałtowny jak oczekiwano, przy założeniu, że kwarantanna społeczna nie będzie wracać, a ewentualne kolejne fale epidemii nie będa wywoływać już tak dużych fal strachu. Wiele prognoz wskazywało, że stopa bezrobocia wzrośnie do dwucyfrowych poziomów. Widać pewne argumenty wskazujące, że tak nie musi się wydarzyć.

O Autorze:

Ignacy Morawski

Ignacy Morawski, dyrektor centrum analiz SpotData

Ignacy Morawski jest pomysłodawcą projektu i szefem zespołu SpotData. Przez wiele lat pracował w sektorze bankowym (WestLB, Polski Bank Przedsiębiorczości), gdzie pełnił rolę głównego ekonomisty. W latach 2012-16 zdobył wiele wyróżnień w licznych rankingach, zajmując m.in. dwukrotnie miejsce na podium konkursu na najlepszego analityka makroekonomicznego organizowanego przez „Rzeczpospolitą” i Narodowy Bank Polski. W 2017 roku znalazł się na liście New Europe 100, wyróżniającej najbardziej innowacyjne osoby Europy Środkowej, publikowanej przez „Financial Times”. Absolwent ekonomii na Uniwersytecie Bocconi w Mediolanie i nauk politycznych na Uniwersytecie Warszawskim.

 

Maj to miesiąc testów odporności gospodarki

Marzec to był miesiąc szoku. Kwiecień – miesiąc strachu. Maj – na razie wygląda na miesiąc nadziej i testów. Testów tego, na ile konsumpcja jest się w stanie odrodzić w warunkach bardzo dużej niepewności. A za konsumpcją inwestycje. Te nastroje i oczekiwania będą kluczowe dla gospodarki, bo gdyby udało się przywrócić wiarę, że przyszłość może wyglądać normalnie, to kryzys wcale nie musiałby być głęboki i długi. Nastroje są dla gospodarki tym, czym paliwo dla samochodu. Jak wierzymy w spokojną przyszłość, to kupujemy, inwestujemy i maszyna gospodarcza się kręci. Jak nie wierzymy, wszystko skrzypi i się sypie.

Refleksja o nastrojach naszła mnie, gdy spojrzałem na dane o sprzedaży samochodów w Polsce. Była ona w kwietniu o ponad 60 proc. niższa niż przed rokiem. To, co ciekawe, to jak idealnie sprzedaż tego najważniejszego dla europejskiej gospodarki towaru idzie w parze z indeksem nastrojów konsumentów. Ludzie kupują auta wtedy, kiedy są pewni swojej sytuacji finansowej (tak samo jest zresztą z mieszkaniami – w końcu to dwie najważniejsze inwestycje gospodarstw domowych).

I tak zaczyna się długi łańcuch wijący się przez całą gospodarkę – motoryzacja generuje popyt na towary chemiczne, metalowe, plastikowe, elektroniczne, a za tym idą usługi biznesowe i finansowe. Od motoryzacji zależy ogromna część gospodarki. Dlatego tak ważne jest, czy ludzie uwierzą znów w stabilną przyszłość.

A czy uwierzą? Oczywiście nie wiemy tego, nie mamy nawet możliwości, by oprzeć się na precedensach. W tym momencie zakładam, że duża część popytu zostanie odbudowana – ale nie całość. Szacowałbym, że cała konsumpcja może być ok. 5 proc. poniżej normy, a popyt na samochody ok. 30 proc. niższy. To są zdrubne szacunki na podstawie różnych źródeł. Na przykład, zakładam, że utrata konsumpcji będzie mniej więcej równa udziałowi w niej branż najbardziej ograniczonych przez restrykcje i strach (oczywiście te branże będą częściowo działać, ale w innych dziedzinach popyt dozna uszczerbku i te efekty się wyzerują). W przypadku samochodów zakładam, że spadek popytu będzie lekko słabszy niż ten obserwowany w marcu, który był miesiącem przejściowym, torchę takim, jakim będzie pewnie wiele kolejnych miesięcy. Ale to wszystko jest jak stąpanie po lodzie.

Powyższy tekst pochodzi z newslettera Dane Dnia prowadzonego przez Ignacego Morawskiego, dyrektora centrum analiz SpotData. Chcesz codziennie takie informacje na swoją skrzynkę? Zapisz się na newsletter SpotData.

Jeśli chcecie się dowiedzieć jak pandemia COVID-19 może wpłynąć na Waszą firmę i gospodarkę polecamy PB Forecast Makro UE „Monitoring kryzysowy”.

 

 

 

O Autorze:

Ignacy Morawski

Ignacy Morawski, dyrektor centrum analiz SpotData

Ignacy Morawski jest pomysłodawcą projektu i szefem zespołu SpotData. Przez wiele lat pracował w sektorze bankowym (WestLB, Polski Bank Przedsiębiorczości), gdzie pełnił rolę głównego ekonomisty. W latach 2012-16 zdobył wiele wyróżnień w licznych rankingach, zajmując m.in. dwukrotnie miejsce na podium konkursu na najlepszego analityka makroekonomicznego organizowanego przez „Rzeczpospolitą” i Narodowy Bank Polski. W 2017 roku znalazł się na liście New Europe 100, wyróżniającej najbardziej innowacyjne osoby Europy Środkowej, publikowanej przez „Financial Times”. Absolwent ekonomii na Uniwersytecie Bocconi w Mediolanie i nauk politycznych na Uniwersytecie Warszawskim.

 

Inflacja spada, choć ludność wciąż jej się boi

W kwietniu inflacja w Polsce wyraźnie się obniżyła, wracając do przedziału, w którym najchętniej widzi ją Narodowy Bank Polski. Jednocześnie ludność inflacji boi się coraz bardziej, co widać po rosnących oczekiwaniach inflacyjnych. Te obawy wynikają prawdopodobnie z faktu, że uwaga konsumentów w wyjątkowym stopniu koncentruje się obecnie na żywności, a ta wyraźnie drożeje. W najbliższych miesiącach ogólna inflacja poza żywnością powinna się obniżać – przynajmniej jeżeli w Polsce powtórzą się zjawiska widoczne w Europie Zachodniej.

W kwietniu inflacja wyniosła 3,4 proc., wobec 4,6 proc. w kwietniu. Jednym z głównych powodów obniżenia dynamiki cen jest potężny spadek cen paliw, które w kwietniu były średnio niemal o 19 proc. niższe niż w analogicznym miesiącu przed rokiem. Tylko ten czynnik obniżył inflację niemal o 1 pkt proc.

Jednocześnie badania GUSu prowadzone wśród gospodarstw domowych pokazują, że oczekiwania inflacyjne są najwyższe od marca 2011 r. Co więcej, od wejścia Polski do UE te oczekiwania tylko raz były wyższe niż w kwietniu – właśnie w marcu 2011 r. Ludzie ewidentnie oczekują, że ceny będą rosły szybciej.

Co się zatem dzieje? Dlaczego ludzie boją się inflacji, skoro ona spada?

Jedno wyjaśnienie może być takie, że ludzie ulegli fali strachu związanej z publikowanymi w mediach ostrzeżeniami przed inflacją. Niektórzy ekonomiści ostrzegają przed negatywnymi skutkami zwiększania długu publicznego i angażowania się banku centralnego w pomoc rządowi, sugerując, że grozi nam wysoki wzrost cen. Dowody anegdotyczne wskazują, że takie opinie rozchodzą się bardzo szybko w społeczeństwie.

Ja jednak sądzę, że ważniejsze jest inne wyjaśnienie rosnących oczekiwań inflacyjnych – ludność po prostu jeszcze nie dostrzegła spadku dynamiki cen. Paliwa tanieją, ale kupuje je znacznie mniej ludzi niż wynika to z wag stosowanych przez GUS przy wyliczaniu inflacji. W czasie kwarantanny ludzie kupowali głównie żywność i inne konieczne towary i usługi. A wśród nich wiele było takich, które drożały.

Wiele wskazuje, że w kolejnych miesiącach wstrząs gospodarczy powinien wywierać presję na spadek cen. Zobaczmy, co dzieje się w Europie Zachodniej. Ostatnie dane ze strefy euro pokazują, że kwietniu taniały tam nie tylko paliwa, ale też spadała tzw. inflacja bazowa – ceny po wyłączeniu żywności i energii. Popyt staje się coraz słabszy, nawet słabszy niż ograniczenie podażowe. To sprawia, że firmy obniżają ceny lub wstrzymują się z ich podwyżkami. Choć żeby potwierdzić trend spadkowy trzeba poczekać do maja/czerwca, kiedy część usług nieobecnych na rynku wróci do sprzedaży. Zobaczymy na przykład, co stanie się cenami takich usług jak bilety lotnicze, gdzie podaż będzie zapewne mocno ograniczona. Wydaje mi się, że takie kategorie produktów mogą drożeć i dlatego ogólny spadek cen nie będzie aż tak głęboki jak oczekują pesymiści.

Powyższy tekst pochodzi z newslettera Dane Dnia prowadzonego przez Ignacego Morawskiego, dyrektora centrum analiz SpotData. Chcesz codziennie takie informacje na swoją skrzynkę? Zapisz się na newsletter SpotData.

Jeśli chcecie się dowiedzieć jak pandemia COVID-19 może wpłynąć na Waszą firmę i gospodarkę polecamy PB Forecast Makro UE „Monitoring kryzysowy”.

 

 

 

O Autorze:

Ignacy Morawski

Ignacy Morawski, dyrektor centrum analiz SpotData

Ignacy Morawski jest pomysłodawcą projektu i szefem zespołu SpotData. Przez wiele lat pracował w sektorze bankowym (WestLB, Polski Bank Przedsiębiorczości), gdzie pełnił rolę głównego ekonomisty. W latach 2012-16 zdobył wiele wyróżnień w licznych rankingach, zajmując m.in. dwukrotnie miejsce na podium konkursu na najlepszego analityka makroekonomicznego organizowanego przez „Rzeczpospolitą” i Narodowy Bank Polski. W 2017 roku znalazł się na liście New Europe 100, wyróżniającej najbardziej innowacyjne osoby Europy Środkowej, publikowanej przez „Financial Times”. Absolwent ekonomii na Uniwersytecie Bocconi w Mediolanie i nauk politycznych na Uniwersytecie Warszawskim.