Lockdown nie straszny producentom. Na razie.

Pierwszy raz w historii z większym zainteresowaniem przyglądałem się indeksom koniunktury z takich krajów jak Irlandia czy Czechy niż z Polski. Te małe kraje bowiem jako pierwsze w Europie wprowadziły jesienią twardy lockdown i dane z nich napływające są pierwszym pomiarem, jak gospodarka reaguje na nowe obostrzenia. Wniosek jest taki, że nawet w warunkach lockdownu przemysł działa na wysokich obrotach. Konsumenci są w gorszych nastrojach, ale firmy przemysłowe w lepszych. Czy to dobry prognostyk na najbliższe miesiące dla innych krajów, które wprowadzają lockdown? I tak i nie.

Indeks PMI dla przetwórstwa przemysłowego w Czechach wzrósł w październiku do 51,9 pkt i tym samym był najwyższy od dwóch lat. Stało się tak mimo faktu, że kraj od miesiąca wprowadzał ostre ograniczenia w aktywności społecznej – 12. października podjęto decyzję o zamknięciu części usług (głównie gastronomia) i szkół, a 21. października zapadła decyzja o zamknięciu wszystkich sklepów nie sprzedających towarów pierwszej potrzeby.

Jak widać na wykresie, nastroje konsumentów w Czechach załamały się, a firm przemysłowych – poprawiły. Jak to interpretować? Koniunktura w przemyśle zależna jest głównie od warunków globalnych, a te były w przemyśle w październiku bardzo dobre. Indeksy PMI z Chin, Niemiec i USA pokazywały bardzo wysokie odczyty, wskazujące, że firmy przemysłowe działały na wysokich obrotach. PMI w Chinach znalazł się na najwyższym poziomie od stycznia 2011 roku, Niemczech – najwyżej od marca 2018 roku, a w USA – od stycznia 2019 roku (w Polsce indeks PMI wyniósł 50,8 pkt – tyle, co we wrześniu).

I to jest dobra wiadomość. Wprawdzie popyt w Europie na pewno spadnie w najbliższych tygodniach ze względu na narastające obostrzenia w większości krajów UE, ale w przeciwieństwie do wiosny nie mamy do czynienia ze skoordynowanym światowym zamrożeniem przemysłu. Chiny działają na wysokich obrotach, w USA na razie nie przewiduje się recesji w ostatnim kwartale roku. Co więcej, nawet w Europie warunki lockdownu są bardziej łagodne dla przemysłu niż na wiosnę – dzieci chodzą do szkoły, co sprawia, że pracownicy nie są wysyłani na urlopy opiekuńcze, a fabryki i place budowy normalnie działają.

Ale jednocześnie nie można oczekiwać, że europejski przemysł przejdzie przez trudne warunki zimowe jak czołg. W dużych krajach, takich jak Francja czy Wielka Brytania (a do nich niedługo mogą dołączyć inne) zamyka się część sklepów, co oznacza, że popyt okresowo wyraźnie spadnie. To spowoduje dostosowania w całych łańcuchach dostaw. Im dłużej będzie utrzymywał się okres niepewności, tym wydatki konsumentów będą niższe, a fala uderzeniowa będzie roznosiła się coraz szerszymi kręgami po różnych sektorach.

Najważniejszy dla przemysłu czynnik to długość trwania obostrzeń w Europie. Jeżeli będą one trwały ok. miesiąca i w grudniu sklepy w większości krajów będą otwarte, wówczas firmy mogą potraktować jesienne załamanie jako przejściowe i nie będą bardzo istotnie obniżać zamówień. Wstrząsy rozchodzące się po łańuchcach dostaw będą wtedy umiarkowane. Taki scenariusz mogą uprawdopodabniać dane epidemiczne z Czech, Irlandii czy Izraela, gdzie natychmiast po wprowadzeniu lockdownu zasięg epidemii zaczynał się znacząco kurczyć. Niestety zupełnie nie wiadomo, czy zimowa pogoda umożliwi znoszenie obostrzeń w grudniu. Będziemy śledzić przykład Czech i raportować na bieżąco.

PB Forecast

Powyższy tekst pochodzi z newslettera Dane Dnia prowadzonego przez Ignacego Morawskiego, dyrektora centrum analiz SpotData. Chcesz codziennie takie informacje na swoją skrzynkę? Zapisz się na newsletter SpotData.

O Autorze:

Ignacy Morawski

Ignacy Morawski, dyrektor centrum analiz SpotData

Ignacy Morawski jest pomysłodawcą projektu i szefem zespołu SpotData. Przez wiele lat pracował w sektorze bankowym (WestLB, Polski Bank Przedsiębiorczości), gdzie pełnił rolę głównego ekonomisty. W latach 2012-16 zdobył wiele wyróżnień w licznych rankingach, zajmując m.in. dwukrotnie miejsce na podium konkursu na najlepszego analityka makroekonomicznego organizowanego przez „Rzeczpospolitą” i Narodowy Bank Polski. W 2017 roku znalazł się na liście New Europe 100, wyróżniającej najbardziej innowacyjne osoby Europy Środkowej, publikowanej przez „Financial Times”. Absolwent ekonomii na Uniwersytecie Bocconi w Mediolanie i nauk politycznych na Uniwersytecie Warszawskim.

 

Gotówka zamiast inwestycji

Kilka dni temu pisałem, że firmy w Polsce zgromadziły duże zapasy gotówkowe i pod względem płynności są lepiej przygotowane na jesień niż były na wiosnę. Ale jest też druga strona medalu tego zjawiska, bardziej bolesna – cięcie planów inwestycyjnych. Firmy gromadzą gotówkę m.in. poprzez ograniczanie wydatków rozwojowych. To będzie ograniczało potencjał wzrostu gospodarczego kraju. Pocieszeniem może być fakt, że cięcie planów inwestycyjnych nie jest wcale tak dramatyczne jak wynikałoby ze skali wstrząsu makroekonomicznego. Wciąż sporo firm planuje się rozwijać.

Najnowszy raport NBP o koniunkturze wśród firm potwierdził wniosek o wyraźnej poprawie płynności. Co ciekawe i czego nie można było wyczytać z danych GUS, medianowy wskaźnik płynności gotówkowej wzrósł do ponad 30 proc., wobec średniego poziomu ok. 20 proc. przed kryzysem epidemicznym.  To oznacza, że ustawiając firmy od tej z najmniejszą do tej z największą płynnością firma znajdująca się w połowie stawki ma gotówkę na poziomie ok. 30-35 proc. swoich krótkoterminowych zobowiązań.

To pozwala mieć nadzieję, że w razie ewentualnych obostrzeń w aktywności gospodarczej więcej firm przetrwa pierwszą falę uderzenia i rząd będzie miał więcej czasu by skierować pomoc do tych najbardziej potrzebujących.

Ale rosnąca płynność przyszła kosztem niższych planów rozwojowych. Pod koniec trzeciego kwartału tylko 17,9 proc. firm planowało rozpoczęcie nowych inwestycji w ciągu trzech miesięcy. W poprzednich latach ten odsetek wynosił średnio 19,8 proc. (średnia z trzecich kwartałów poprzednich czterech lat). Niemal co trzecia firma rezygnująca z inwestycji sygnalizuje, według NBP, że powodem jest potrzeba poprawy płynności. Na problem z popytem jako główną przyczyną ograniczania wydatków rozwojowych wskazała co czwarta firma.

Choć w tych danych można dopatrzeć się też pozytywnych sygnałów. Jeżeli najważniejszym powodem ograniczania inwestycji jest poszukiwanie płynności, to znaczy, że gdy tylko niepewność związana z epidemią minie to inwestycje mocno ruszą w górę. Sądzę, że może wydarzyć się to w pierwszej połowie przyszłego roku. Co więcej, warto dostrzec, że spadek odsetka firm planujących nowe inwestycje nie jest dramatyczny. To prawda, że ten odsetek jest generalnie niski, ale to było widać już przed kryzysem i nie stanowiło to istotnej bariery rozwoju gospodarki. Epidemia nie przyniosła drastycznych zmian w planach inwestycyjnych, czego można było się obawiać u jej progu.

PB Forecast

Powyższy tekst pochodzi z newslettera Dane Dnia prowadzonego przez Ignacego Morawskiego, dyrektora centrum analiz SpotData. Chcesz codziennie takie informacje na swoją skrzynkę? Zapisz się na newsletter SpotData.

O Autorze:

Ignacy Morawski

Ignacy Morawski, dyrektor centrum analiz SpotData

Ignacy Morawski jest pomysłodawcą projektu i szefem zespołu SpotData. Przez wiele lat pracował w sektorze bankowym (WestLB, Polski Bank Przedsiębiorczości), gdzie pełnił rolę głównego ekonomisty. W latach 2012-16 zdobył wiele wyróżnień w licznych rankingach, zajmując m.in. dwukrotnie miejsce na podium konkursu na najlepszego analityka makroekonomicznego organizowanego przez „Rzeczpospolitą” i Narodowy Bank Polski. W 2017 roku znalazł się na liście New Europe 100, wyróżniającej najbardziej innowacyjne osoby Europy Środkowej, publikowanej przez „Financial Times”. Absolwent ekonomii na Uniwersytecie Bocconi w Mediolanie i nauk politycznych na Uniwersytecie Warszawskim.

 

Nastroje konsumentów wyraźnie się pogorszyły

Sytuacja epidemiczna w kraju zaczyna wywierać zauważalny wpływ na sytuację gospodarczą. Pierwsze dane za październik pokazują, że nastroje konsumentów wyraźnie się pogorszyły, a za tym na pewno idą decyzje o ograniczeniu zakupów. Jest możliwe, że efekt adaptacji sprawi, że pogorszenie nastrojów nie będzie tak głębokie jak wiosną. Taka sytuacja miała miejsce m.in. w Izraelu, gdzie fala epidemiczna była ostatnio jedną z najwyższych na świecie. Z drugiej strony jako czynnik ryzyka można wskazać ewentualne przeciążenie systemu ochrony zdrowia, które mogłoby poważnie odbić się na nastrojach społecznych.

W październiku indeks nastrojów konsumentów obniżył się z -15 do -20 pkt. Jak widać na wykresie jest to dość znaczący ruch, mimo że badanie GUS zakończyło się mniej więcej w połowie miesiąca. Listopad przyniesie zapewne dalsze spadki.

Dlatego można oczekiwać, że popyt konsumpcyjny będzie hamował. Jeszcze we wrześniu sprzedaż detaliczna rosła w tempie ok. 2,5 proc. rok do roku (też widać na wykresie). Kolejne miesiące będą już zapewne gorsze. Kluczowe pytanie brzmi: o ile gorsze?

Punktem odniesienia dla snucia scenariuszy na jesień jest oczywiście wiosna. Jest to czarny punkt odniesienia, scenariusz uważany powszechnie za najgorszy z możliwych. Wtedy sprzedaż detaliczna spadała po 15-20 proc. rok do roku, nastroje konsumentów w ciągu miesiąca spadły z wysokiego poziomu na dno głębsze niż podczas kryzysu finansowego w 2008 roku.

Moja bazowa hipoteza, którą przyjąłem na początku jesieni, jest taka, że szok gospodarczy tym razem będzie mniejszy – z wielu powodów, ale przede wszystkim ze względu na zdolność adaptacji gospodarstw domowych i firm. Przeszliśmy już przez jeden lockdown, wiemy więcej o naturze tego kryzysu, niepewność jest zatem mniejsza niż na wiosnę. Dlatego reakcja gospodarki powinna być na poziomie 1/4-1/3 tego, co na wiosnę.

Potwierdzeniem takiej hipotezy mogłaby być sytuacja w Izraelu, gdzie od miesiąca trwa bardzo twardy lockdown. Reakcja nastrojów konsumentów w tym kraju była połowę mniejsza niż wiosną. Twardych danych o sprzedaży z tego kraju jeszcze nie ma, ale wiele wskazuje, że ich reakcja też może być mniejsza – przynajmniej uśredniając za kilka miesięcy.

Natomiast widzę dla takiego scenariusza w przypadku Polski w tym momencie więcej ryzyk niż 2-3 tygodnie temu.

Zastosowany przez rząd w Polsce system obostrzeń lokalnych nie wyhamował dynamiki epidemii. Co ważniejsze i gorsze, z informacji podawanych przez media wynika, że system szpitalny ulega przeciążeniom wcześniej niż można było oczekiwać na podstawie danych o zasobach szpitalnych. Wydaje mi się również, że efektywność prostych rozwiązań, jak nakaz noszenia masek, może być mniejsza niż wcześniej oczekiwano. Realny staje się scenariusz, w którym w ciągu kilkunastu dni lub kilku tygodni liczba dziennych zgonów rośnie kilkakrotnie i władze zaczynają reagować gwałtownymi restrykcjami. Ludność wtedy również może wpaść w lekką panikę. I będziemy mieli powtórkę z wiosny lub nawet spadki głębsze, takie które wiosną dotykały kraje najmocniej dotknięte epidemią. Na taką możliwość też trzeba się przygotować.

PB Forecast

Powyższy tekst pochodzi z newslettera Dane Dnia prowadzonego przez Ignacego Morawskiego, dyrektora centrum analiz SpotData. Chcesz codziennie takie informacje na swoją skrzynkę? Zapisz się na newsletter SpotData.

O Autorze:

Ignacy Morawski

Ignacy Morawski, dyrektor centrum analiz SpotData

Ignacy Morawski jest pomysłodawcą projektu i szefem zespołu SpotData. Przez wiele lat pracował w sektorze bankowym (WestLB, Polski Bank Przedsiębiorczości), gdzie pełnił rolę głównego ekonomisty. W latach 2012-16 zdobył wiele wyróżnień w licznych rankingach, zajmując m.in. dwukrotnie miejsce na podium konkursu na najlepszego analityka makroekonomicznego organizowanego przez „Rzeczpospolitą” i Narodowy Bank Polski. W 2017 roku znalazł się na liście New Europe 100, wyróżniającej najbardziej innowacyjne osoby Europy Środkowej, publikowanej przez „Financial Times”. Absolwent ekonomii na Uniwersytecie Bocconi w Mediolanie i nauk politycznych na Uniwersytecie Warszawskim.

 

Czy inflacja w końcu mocno spadnie?

Inflacja w Polsce spada znacznie wolniej od oczekiwań. Właściwie przestała spadać, mimo faktu, że gospodarka wciąż znajduje się w trudniej sytuacji. Powód? Stabilna inflacja to druga strona medalu niskiego bezrobocia. Udało się podtrzymać zatrudnienie i wynagrodzenia, to firmy nie musiały ciąć cen w reakcji na niższy popyt. Choć wiele wskazuje, że nadchodzący rok przyniesie lekkie obniżenie inflacji, to jej głęboki spadek, nawet poniżej zera jak niektórzy prognozowali na wiosnę, wydaje się w tym momencie mało prawdopodobny.

We wrześniu inflacja wyniosła w Polsce 3,2 proc., wobec 2,9 proc. w sierpniu. Polska jest tym samym jednym z niewielu krajów UE, gdzie ceny pod koniec lata przyspieszyły. Warto szczególną uwagę zwrócić na inflację bazową netto, która pokazuje zmiany cen bez żywności i energii, czyli towarów zależnych mocno od pogody i zmian na rynkach surowcowych. Ten wskaźnik lepiej niż główny pokazuje najważniejsze trendy inflacyjne w gospodarce. Ta inflacja bazowa we wrześniu wyniosła ok. 4,3 proc. (dokładne dane poznamy dopiero dziś), czyli osiągnęła tegoroczne maksimum i była najwyższa od grudnia 2001 roku. Tak, najwyższa od niemal 19 lat.

Taki rozwój sytuacji jest zaskoczeniem m.in. dla analityków Narodowego Banku Polskiego, którzy jeszcze w lipcu prognozowali, że inflacja bazowa wyniesie latem ok. 3,3 proc. Ten rozjazd rzeczywistej ścieżki cen z prognozami widać na wykresie.

Co się stało? To łatwo zauważyć. NBP prognozował, że PKB spadnie w trzecim kwartale niemal o 8 proc. rok do roku, a stopa bezrobocia wzrośnie do ok. 6 proc. (ta stopa bezrobocia mierzona według metodologii europejskiej, a nie poprzez rejestracje w urzędach pracy). Tymczasem spadek PKB był prawdopodobnie dużo niższy i wyniósł pewnie nie więcej niż 4 proc., a stopa bezrobocia nie wzrosła w trzecim kwartale w ogóle. Gospodarka jest mocniejsza od oczekiwań, firmy to czują i nie są chętne do obniżania cen. Sprawa wyjaśniona, możemy się rozejść.

Ale jeszcze zostało pytanie o przyszłość. Czy inflacja zacznie wreszcie spadać mocniej?

Druga fala epidemii, połączona z zapewne mniejszym już wsparciem rządu dla firm, zapewne sprawi, że wiele cen w końcu zacznie hamować. Już widać pierwsze tego sygnały. Na przykład, na mocno dotkniętym kryzysem rynku HoReCa (hotele, restauracje, kawiarnie) dynamika cen zaczyna się obniżać. Nie jest to wciąż istotne hamowanie, ale odwrócenie kilkuletniego trendu wzrostowego na tym rynku jest wyraźne. I pewnie będzie to kontynuowane. Podobne efekty, wywołane wciąż niskim popytem, wystąpią zapewne na innych rynkach.

Ale jednocześnie w kierunku wyższej inflacji może oddziaływać osłabienie złotego. A jak popyt w gospodarce będzie spadał za mocno to rząd będzie go stymulował, co też będzie działało pozytywnie na ceny.

Podsumowując wszystkie czynniki, wydaje się, że inflacja w nadchodzących kwartałach może wynosić gdzieś między 2 a 3 proc. Będzie niższa niż obecnie, szczególnie w kategoriach bazowych, bo w końcu efekty niskiego popytu będą się powoli przekładać na ceny. Ale nie spadnie dużo bardziej. A patrząc na dłuższą perspektywę, podejrzewam, iż istnieje większe prawdopodobieństwo utrzymywania się inflacji powyżej 2,5 proc. niż poniżej. Bez inflacji bowiem będzie bardzo ciężko wyjść z długów wygenerowanych przez kryzys epidemiczny.

PB Forecast

Powyższy tekst pochodzi z newslettera Dane Dnia prowadzonego przez Ignacego Morawskiego, dyrektora centrum analiz SpotData. Chcesz codziennie takie informacje na swoją skrzynkę? Zapisz się na newsletter SpotData.

O Autorze:

Ignacy Morawski

Ignacy Morawski, dyrektor centrum analiz SpotData

Ignacy Morawski jest pomysłodawcą projektu i szefem zespołu SpotData. Przez wiele lat pracował w sektorze bankowym (WestLB, Polski Bank Przedsiębiorczości), gdzie pełnił rolę głównego ekonomisty. W latach 2012-16 zdobył wiele wyróżnień w licznych rankingach, zajmując m.in. dwukrotnie miejsce na podium konkursu na najlepszego analityka makroekonomicznego organizowanego przez „Rzeczpospolitą” i Narodowy Bank Polski. W 2017 roku znalazł się na liście New Europe 100, wyróżniającej najbardziej innowacyjne osoby Europy Środkowej, publikowanej przez „Financial Times”. Absolwent ekonomii na Uniwersytecie Bocconi w Mediolanie i nauk politycznych na Uniwersytecie Warszawskim.

 

Eksport z Polski mocny. Ale co będzie dalej?

Polski eksport towarów poradził sobie w trakcie pierwszej fazy epidemii całkiem nieźle, co daje nadzieję, że i w kolejnych miesiącach uda się utrzymać w miarę stabilny poziom sprzedaży zagranicznej. Spadku zapewne nie unikniemy, ale wydaje się, że w drugą falę epidemii wchodzimy z mniejszymi obawami o ciągłość łańcuchów dostaw niż w pierwszą.

W sierpniu cały polski eksport towarów był o 0,8 proc. wyższy rok do roku. Fakt, że sprzedaż jest wyższa niż przed rokiem można uznać za zjawisko zaskakująco pozytywne w tak trudnych warunkach. Przed epidemią można było oczekiwać wzrostu polskiego eksportu o ok. 3 proc. latem 2020 roku, więc obecna ścieżka jest już niewiele niższa niż przedepidemiczny trend.

Jest to spójne z sytuacją w globalnym handlu, która jest znacznie lepsza od kwietniowych prognoz WTO (Międzynarodowa Organizacja Handlu). W kwietniu WTO prognozowała, że światowy handel obniży się w tym roku o 15-25 proc., tymczasem dynamika eksportu na świecie wynosi ok. -10 proc.

Przed nami oczywiście jeszcze wiele turbulencji, ale istotny jest fakt, że nie doszło do załamania relacji handlowych. Jeżeli druga fala epidemii nie będzie znacznie mocniejsza niż pierwsza na świecie, to reakcja eksportu nie powinna się istotnie różnić, a może będzie nawet mniejsza niż po pierwszym szoku.

Szacuję, że w ciągu pół roku trwania pandemii na świecie, czyli od marca do sierpnia, eksport towarów z Polski był łącznie o 11 proc. niższy od wielkości, którą można było przewidywać przed epidemią. Tę wielkość, czyli 11 proc., uznaję za dotychczasowy koszt epidemii. Sądzę, że kolejna fala, zimowa, może wiązać się z nieco mniejszymi zaburzeniami, ponieważ łańcuchy dostaw są już nieco lepiej dostosowane, a radykalizm w ograniczeniach na granicach nie powinien być tak duży jak na wiosnę. Mniejszy powinien być na przykład problem z fizycznym transportem towarów.

Koszt epidemii licząc cały 2020 rok będzie wynosił ok. 8 proc. – to będzie różnica między sprzedażą zagraniczną oczekiwaną przed epidemią, a sprzedażą faktycznie zrealizowaną. Przed epidemią można było oczekiwać wzrostu eksportu o ok. 3 proc., a teraz spadku o ok. 5 proc.

Dla oceny przyszłości polskiej gospodarki ta dotychczasowa relatywna odporność eksportu jest bardzo ważna, ponieważ rosnący popyt zagraniczny to jeden z głównych czynników decydujących o rozwoju Polski. Firma EY szacuje, że w ostatnich latach zdecydowana większość wzrostu popytu finalnego na produkowane w Polsce towary pochodziła zza granicy – czy to pośrednio (bezpośredni eksport), czy pośrednio (dostawy dla eksporterów, lub dostawców eksporterów itd.). Trwałe załamanie w światowym handlu postawiłoby polski model rozwojowy pod znakiem zapytania. Jest duża szansa, że tego unikniemy.

PB Forecast

Powyższy tekst pochodzi z newslettera Dane Dnia prowadzonego przez Ignacego Morawskiego, dyrektora centrum analiz SpotData. Chcesz codziennie takie informacje na swoją skrzynkę? Zapisz się na newsletter SpotData.

O Autorze:

Ignacy Morawski

Ignacy Morawski, dyrektor centrum analiz SpotData

Ignacy Morawski jest pomysłodawcą projektu i szefem zespołu SpotData. Przez wiele lat pracował w sektorze bankowym (WestLB, Polski Bank Przedsiębiorczości), gdzie pełnił rolę głównego ekonomisty. W latach 2012-16 zdobył wiele wyróżnień w licznych rankingach, zajmując m.in. dwukrotnie miejsce na podium konkursu na najlepszego analityka makroekonomicznego organizowanego przez „Rzeczpospolitą” i Narodowy Bank Polski. W 2017 roku znalazł się na liście New Europe 100, wyróżniającej najbardziej innowacyjne osoby Europy Środkowej, publikowanej przez „Financial Times”. Absolwent ekonomii na Uniwersytecie Bocconi w Mediolanie i nauk politycznych na Uniwersytecie Warszawskim.

 

Niepewność w prognozach dla Polski spadła

Oczekiwania ekonomistów dotyczące wzrostu gospodarczego Polski w tym roku i kolejnych latach wyraźnie się poprawiły latem. To się jeszcze może zmienić jesienią i zimą, więc nie przywiązywałbym wagi do tych rewizji. Ale zwróciłbym uwagę na inne ważne zjawisko – spadek niepewności dotyczącej prognoz. W pierwszej połowie roku niepewność ta wzrosła do niewidzianych wcześniej poziomów, ponieważ ekonomiści nie byli przekonani, jakie długookresowe efekty przyniesie kryzys epidemiczny. Pod koniec września ta niepewność obniżyła się – kryzysowa bestia jest już bardziej zrozumiała.

Obecnie mediana prognoz ekonomistów wskazuje na spadek PKB o 3,1 proc. w całym 2020 roku oraz wzrost o 4,2 proc. w całym 2021 roku. To są prognozy z wrześniowej Ankiety Makroekonomicznej NBP, która była realizowana w ostatnich dniach minionego kwartału. W porównaniu z prognozami z czerwca mediana na 2020 rok poprawiła się o 0,7 pkt proc., a na 2021 r. – o 0,3 pkt proc. Tu jednak mogą wystąpić jeszcze istotne zmiany, ponieważ poważna fala epidemii w Polsce, wywołująca konieczność zwiększenia restrykcji społecznych, zaczęła się dopiero w drugim tygodniu października. Więc prognozy mogą jeszcze falować.

Natomiast warto spojrzeć nie tylko na prognozy punktowe, ale na ich rozpiętość, która wskazuje na zasięg najbardziej możliwych scenariuszy. I to nie w krótkim okresie, ale w długim – ośmiu kwartałów. Te prognozy są zwykle bardziej odporne na bieżące zaburzenia, ponieważ zwykle wstrząsy gospodarcze nie trwają dłużej niż kilka kwartałów.

Na początku kryzysu epidemicznego – w marcu – rozpiętość prognoz PKB w horyzoncie ośmiu kwartałów wynosiła 1,2-3,9 proc. To oznacza, że przeciętnie ekonomiści oczekiwali, że wzrost gospodarczy za osiem kwartałów zmieści się z 50 proc. prawdopodobieństwem w takim właśnie przedziale. Czyli skala niepewności wynosiła 2,7 pkt proc. (różnica między górną i dolną granicą przedziału) – najwięcej od początku badania. Nic dziwnego, bo w marcu epidemia była szokiem i zjawiskiem o trudnych do zrozumienia konsekwencjach. Jak widać na wykresie, w marcu niepewność mierzona rozpiętością przedziału prognoz była dwukrotnie większa niż w normalnych czasach.

Już we wrześniu skala niepewności spadła do 2,1 pkt proc., czyli była ok. połowę wyższa niż w normalnych czasach. Rozpiętość prognoz PKB w horyzoncie ośmiu kwartałów wynosi teraz 2,5-4,6 proc.

Tym liczbom warto nadać jakiś sens, bo suche są trudne do interpretacji. Sądzę, że powoli narasta przekonanie, że w ciągu roku epidemię da się pokonać poprzez miks skuteczności we wprowadzaniu nowych reżimów sanitarnych oraz rozwoju szczepionek. Mniejsze są obawy, że wzrost gospodarczy będzie trwale niski. Widać raczej rosnące nadzieje na szybkie nadrabianie strat po kryzysie, bo górna granica przedziału jest najwyższa od początku badań.

Oczywiście ta długookresowa poprawa nie jest przesądzona – na prognozy warto patrzeć nie jak na magiczną kulę, ale raczej odzwierciedlenie bieżących oczekiwań i najlepszą możliwą interpretację bieżących trendów. Są one przydatne przy kreśleniu najbardziej prawdopodobnych scenariuszy przez firmy i instytucje. Jakieś założenia zawsze przecież trzeba mieć. Mimo uciążliwości obecnej fali epidemicznej, założenie o trwałej poprawie w perspektywie roku do dwóch lat wydaje się racjonalne w tym momencie.

PB Forecast

Powyższy tekst pochodzi z newslettera Dane Dnia prowadzonego przez Ignacego Morawskiego, dyrektora centrum analiz SpotData. Chcesz codziennie takie informacje na swoją skrzynkę? Zapisz się na newsletter SpotData.

O Autorze:

Ignacy Morawski

Ignacy Morawski, dyrektor centrum analiz SpotData

Ignacy Morawski jest pomysłodawcą projektu i szefem zespołu SpotData. Przez wiele lat pracował w sektorze bankowym (WestLB, Polski Bank Przedsiębiorczości), gdzie pełnił rolę głównego ekonomisty. W latach 2012-16 zdobył wiele wyróżnień w licznych rankingach, zajmując m.in. dwukrotnie miejsce na podium konkursu na najlepszego analityka makroekonomicznego organizowanego przez „Rzeczpospolitą” i Narodowy Bank Polski. W 2017 roku znalazł się na liście New Europe 100, wyróżniającej najbardziej innowacyjne osoby Europy Środkowej, publikowanej przez „Financial Times”. Absolwent ekonomii na Uniwersytecie Bocconi w Mediolanie i nauk politycznych na Uniwersytecie Warszawskim.

 

Przyrost hospitalizacji wciąż jest za wysoki

W większości krajów Europy przyrost liczby osób hospitalizowanych z tytułu COVID-19 utrzymuje się na poziomie, który jest trudny do utrzymania w perspektywie kilku-kilkunastu tygodni. W Europie Środkowej problem ten jest jeszcze bardziej palący niż w Europie Zachodniej. To sprawia, że istnieje wysokie ryzyko wprowadzania kolejnych restrykcji społecznych. Rządy starają się znaleźć punkt równowagi, w którym walka z epidemią nie będzie nadmiernie szkodziła gospodarce i edukacji, choć jest to trudne. To jest takie wahadło, które punkt równowagi znajdzie po kilku większych przechyłach.

Obecnie w Europie Zachodniej dzienny przyrost liczby osób hospitalizowanych z tytułu COVID-10 utrzymuje się w granicach 3-5 proc., zaś w Europie Środkowej 7-15 proc. (na przykładzie analizowanych na wykresie krajów). Te pozornie niskie procenty nie powinny uspokajać. Przyrost o 3-5 proc. dziennie przeciąży szpitale w Anglii, Francji czy Włoszech w ciągu 6-8 tygodni, zaś przyrost o ok. 7 proc. przeciąży szpitale w Polsce, Czechach czy na Węgrzech jeszcze w tym miesiącu. Istnieją zapewne sposoby, by znacząco powiększyć zasoby szpitalne przeznaczone dla pacjentów COVID-19, ale to kupi czas, a nie rozwiąże fundamentalnego problemu.

W takiej sytuacji w perspektywie najbliższych dwóch-trzech miesięcy są tylko dwa wyjścia: albo społeczeństwa przygotują się na funkcjonowanie w warunkach przeciążonego systemu szpitalnego (trudno mi powiedzieć, jak to miałoby wyglądać – czy dochodziłoby do powszechnego odmawiania opieki albo osobom najsłabszym z najmniejszymi szansami na przetrwanie, albo najsilniejszym?; czy można selekcjonować pacjentów do szpitali, bez gwałtownego pogarszania i perspektyw zdrowotnych?) albo mobilność społeczna i kontakty międzyludzkie muszą być ograniczane.

To drugie wyjście jest oczywiście zdecydowanie preferowane. Kluczowe jest w związku z tym pytanie, czy ograniczanie kontaktów odbędzie się spontanicznie, w ramach narastania świadomości o powadze sytuacji, czy też będą konieczne większe obostrzenia aktywności społecznej? Są modele, które wskazują na bardzo wysoką skuteczność obowiązku noszenia masek w ograniczaniu epidemii (zobacz np. projekcje IHME w różnych scenariuszach) i sądzę, że obecnie na tym pokłada się nadzieje w Polsce. Ale w rzeczywistości wszystko sprowadza się do eksperymentowania i uczenia się krajów od siebie nawzajem.

Sądzę, że prawdopodobieństwo kolejnych restrykcji rośnie. W związku z tym pogarszają się perspektywy gospodarcze na czwarty kwartał 2020 roku. Jak pisałem w piątek, istnieje duża szansa, że efekty gospodarcze nowych restrykcji nie będą tak silne jak na wiosnę, ale mimo wszystko należy liczyć się z zaburzeniami aktywności w ostatnim kwartale tego roku.

Jednocześnie na podstawie opinii ekspertów wnioskuję, że jest możliwe, iż po wielu próbach i turbulencjach uda się znaleźć optymalny sposób funkcjonowania w warunkach epidemii. Taki, w którym uda się utrzymać 95 proc. tradycyjnej aktywności gospodarczej, działającą w większości edukację i wydolny system opieki zdrowotnej. Może to nastąpić w przyszłym roku i w połączeniu z prawdopodobnymi szczepieniami pozwoli to powolne ograniczanie uciążliwości epidemii. Ta perspektywa jest istotna, ponieważ o zachowaniach gospodarczych decydują koniec końców oczekiwania.

PB Forecast

Powyższy tekst pochodzi z newslettera Dane Dnia prowadzonego przez Ignacego Morawskiego, dyrektora centrum analiz SpotData. Chcesz codziennie takie informacje na swoją skrzynkę? Zapisz się na newsletter SpotData.

O Autorze:

Ignacy Morawski

Ignacy Morawski, dyrektor centrum analiz SpotData

Ignacy Morawski jest pomysłodawcą projektu i szefem zespołu SpotData. Przez wiele lat pracował w sektorze bankowym (WestLB, Polski Bank Przedsiębiorczości), gdzie pełnił rolę głównego ekonomisty. W latach 2012-16 zdobył wiele wyróżnień w licznych rankingach, zajmując m.in. dwukrotnie miejsce na podium konkursu na najlepszego analityka makroekonomicznego organizowanego przez „Rzeczpospolitą” i Narodowy Bank Polski. W 2017 roku znalazł się na liście New Europe 100, wyróżniającej najbardziej innowacyjne osoby Europy Środkowej, publikowanej przez „Financial Times”. Absolwent ekonomii na Uniwersytecie Bocconi w Mediolanie i nauk politycznych na Uniwersytecie Warszawskim.

 

Jak zachowa się gospodarka w nowych warunkach? Spójrzmy na inne kraje

Rząd zaczyna powoli wprowadzać ograniczenia w aktywności społecznej – limity w restauracjach, zgromadzeniach publicznych, wydarzeniach kulturalnych, obowiązki noszenia masek itd. Podejrzewam, że będzie tego jeszcze trochę więcej. Jak zachowa się w takich warunkach gospodarka?

Moja hipoteza od wielu miesięcy jest taka, że zaobserwujemy obniżenie aktywności gospodarczej względem lata, ale będzie to zjawisko o umiarkowanej sile. Reakcja na jesienne restrykcje będzie mniejsza niż na wiosenne – nie tylko ze względu na charakter restrykcji, ale przede wszystkim ze względów psychologicznych. Oczywiście jest to tylko hipoteza. Ale w przeciwieństwie do wiosny, tym razem mamy już przykłady, na których możemy opierać hipotezy. Są to warunki w innych krajach, które przywracały restrykcje – np. w Izraelu, Australii czy Hong Kongu.

Izrael wprowadził w połowie września restrykcyjny lockdown w reakcji na ogromną falę zachorowań. Na razie nie mamy żadnych twardych danych z izraelskiej gospodarki, a ni nawet indeksów nastrojów. Ale mamy dane o mobilności z urządzeń mobilnych oraz możemy patrzeć na zachowanie inwestorów finansowych. Dane o mobilności z urządzeń Apple pokazują, że mobilność ludzi spadła po wprowadzeniu lockdownu o ok. 30 proc. – dla porównaniu w marcu i kwietniu spadek wynosił ok. 80 proc. Na rynku finansowym również widać lżejsze reakcje niż wiosną. Indeks giełdowy TA-35 spadł we wrześniu (od lokalnego szczytu w sierpniu do dołka we wrześniu) o ok. 10 proc., podczas gdy analogiczny spadek w marcu wyniósł ok. 30 proc. Kurs izraelskiej waluty osłabił się latem w oczekiwaniu na restrykcje o ok. 5 proc., podczas gdy ruch waluty w marcu znacznie przekraczał 10 proc. (wobec euro).

Więcej danych mamy z Australii, gdzie latem wprowadzano restrykcyjny lockdown na poziomie lokalnym w stanie Victoria. Latem indeks PMI dla usług w Australii obniżył się z ok. 53 do ok. 49  pkt. Wiosną (licząc nasze pory roku) ten sam indeks spadł z ok. 50 pkt do ok. 20 pkt. Ruchy indeksu koniunktury dla przemysłu były dość podobne – spadł on w ciągu lata, ale znacznie mniej niż na wiosnę. Ciekawe są też australijskie twarde dane z realnej gospodarki. Obroty sprzedawców detalicznych były w sierpniu niemal o 7 proc. wyższe rok do roku, podczas gdy w kwietniu wystąpił spadek o niemal 10 proc. Znacznie słabiej wyglądała natomiast sprzedaż samochodów osobowych, która w sierpniu była o ok. 30 proc. poniżej średniej z 2019 roku i był to wynik dość podobny do wiosennego.

Dość podobne wnioski można wysnuć analizując dane z Hong Kongu, gdzie również wprowadzano w ciągu lata dość restrykcyjne ograniczenia. Mobilność ludności według urządzeń Apple była w sierpniu podobna co w kwietniu. Jednocześnie indeks PMI dla sektora prywatnego zachowywał się latem nieco inaczej niż na wiosnę – spadł o ok. 5 pkt (z ok. 50 do ok. 45 pkt), podczas gdy spadek na wiosnę wyniósł ok. 15 pkt. W sierpniu sprzedaż detaliczna w Hong Kongu była o ok. 13 proc. niższa rok do roku, podczas gdy spadki w lutym i marcu przekraczały 40 proc. (spadki w Hong Kongu są znacznie większe niż w innych krajach ze względu na zablokowanie międzynarodowego ruchu ludności).

Te strzępy informacji prowadzą mnie do wniosku, że następuje dostosowanie systemów gospodarczych do warunków epidemicznych. Kolejne wstrząsy nie stanowią już takiego szoku jak pierwszy, choć są oczywiście wciąż bardzo bolesne. Ludzie się boją, ale mniej, firmy wstrzymują plany rozwojowe, ale nie na taką skalę jak w czasie pierwszej fali.

Największe ryzyko dla takiego scenariusza dla Polski to wymknięcie się epidemii spod kontroli i realizacja scenariusza z Lombardii. Nie jestem w stanie ocenić prawdopodobieństwa tego scenariusza, ale zakładam, że wchodzimy w tę falę epidemii ze znacznie większą ostrożnością niż w pierwszą i mamy jakąś szanse uniknąć najbardziej dramatycznych scenariuszy.

PB Forecast

Powyższy tekst pochodzi z newslettera Dane Dnia prowadzonego przez Ignacego Morawskiego, dyrektora centrum analiz SpotData. Chcesz codziennie takie informacje na swoją skrzynkę? Zapisz się na newsletter SpotData.

O Autorze:

Ignacy Morawski

Ignacy Morawski, dyrektor centrum analiz SpotData

Ignacy Morawski jest pomysłodawcą projektu i szefem zespołu SpotData. Przez wiele lat pracował w sektorze bankowym (WestLB, Polski Bank Przedsiębiorczości), gdzie pełnił rolę głównego ekonomisty. W latach 2012-16 zdobył wiele wyróżnień w licznych rankingach, zajmując m.in. dwukrotnie miejsce na podium konkursu na najlepszego analityka makroekonomicznego organizowanego przez „Rzeczpospolitą” i Narodowy Bank Polski. W 2017 roku znalazł się na liście New Europe 100, wyróżniającej najbardziej innowacyjne osoby Europy Środkowej, publikowanej przez „Financial Times”. Absolwent ekonomii na Uniwersytecie Bocconi w Mediolanie i nauk politycznych na Uniwersytecie Warszawskim.

 

 

NBP chciałby słabszego złotego. Czy słusznie?

Na osłabienie waluty można w kraju takim jak Polska patrzeć na dwa sposoby. Albo może być to sygnał rosnących ryzyk gospodarczych i słabnącej stabilności finansowej. Albo jest to sygnał uruchamiania amortyzatora koniunktury, który pozwala łatwiej przetrwać wstrząs makroekonomiczny – tak jak w 2008/2009 roku, gdy osłabienie złotego o 50 proc. wobec euro pomogło uniknąć Polsce recesji oraz szkód z nią związanych i tym samym otworzyło drogę do wysokiego wzrostu gospodarczego w całej kolejnej dekadzie.

Rada Polityki Pieniężnej, czyli organ Narodowego Banku Polskiego decydujący o parametrach polityki monetarnej w Polsce, chciałaby zobaczyć w czasie obecnego kryzysu ten drugi efekt. W swoim środowym komunikacie napisała, że stabilność złotego w reakcji na wstrząs gospodarczy może ograniczać tempo ożywienia w Polsce. To już kolejny raz w ostatnich miesiącach, gdy RPP sygnalizuje, że złoty mógłby być spokojnie słabszy i byśmy na tym skorzystali.

Ja nie jestem tak bardzo przekonany, czy teraz potrzebujemy słabszego złotego. Zgadzam się, że dopóki osłabienie waluty byłoby ograniczone – kurs euro wzrósłby do 4,6-4,8 zł – mogłoby to być dla gospodarki w krótkim okresie korzystne. Jednak warto pamiętać o kilku faktach, które rzucają inne światło na temat ewentualnego osłabienia złotego.

Po pierwsze, złoty już jest słabszy o ok. 5 proc. niż przed kryzysem epidemicznym. Te 5 proc. to nie jest bardzo mało, a startowaliśmy już z poziomu, który był korzystny dla konkurencyjności gospodarki.

Po drugie, polski eksport towarów rośnie zaskakująco szybko – w lipcu zanotował jedną z najwyższych dynamik w Unii Europejskiej. W warunkach recesji globalnego handlu polscy producenci radzą sobie całkiem nieźle. Obecny kurs już jest dla eksporterów bardzo korzystny. Jest to sytuacja diametralnie odmienna od tej z 2008 roku, kiedy w kryzys wchodziliśmy z drastycznie przewartościowaną walutą.

Po trzecie, nie mamy w Polsce problemu ze zbyt niską inflacją. We wrześniu dynamika cen konsumpcyjnych wyniosła 3,2 proc., czyli była nieznacznie wyższa niż środek celu inflacyjnego NBP (2,5 proc.). Co więcej, dość wysoka jest inflacja bazowa, nie uwzględniająca cen żywności i energii, co wskazuje, że skala wsparcia fiskalnego i monetarnego gospodarki przez rząd i NBP już jest dość duża.

Po czwarte, wciąż istnieje podwyższone ryzyko istotnych wstrząsów gospodarczych wywołanych epidemią i lepiej mieć szersze niż węższe pole do dalszego wspierania gospodarki. Im słabszy byłby złoty dziś, tym mniejsze pole dla NBP do wspierania rządu w razie kolejnych turbulencji. Bliżej bylibyśmy bowiem poziomów kursu złotego, przy których osłabienie stawałoby się niebezpieczne dla stabilności makroekonomicznej kraju.

Sądzę zatem, że stabilność złotego w ostatnich miesiącach jest zjawiskiem jak najbardziej korzystnym dla gospodarki. Złoty jest na poziomie zapewniającym wysoką konkurencyjność eksportu, a jednocześnie wiarygodność Polski na rynkach finansowych.

PB Forecast

Powyższy tekst pochodzi z newslettera Dane Dnia prowadzonego przez Ignacego Morawskiego, dyrektora centrum analiz SpotData. Chcesz codziennie takie informacje na swoją skrzynkę? Zapisz się na newsletter SpotData.

O Autorze:

Ignacy Morawski

Ignacy Morawski, dyrektor centrum analiz SpotData

Ignacy Morawski jest pomysłodawcą projektu i szefem zespołu SpotData. Przez wiele lat pracował w sektorze bankowym (WestLB, Polski Bank Przedsiębiorczości), gdzie pełnił rolę głównego ekonomisty. W latach 2012-16 zdobył wiele wyróżnień w licznych rankingach, zajmując m.in. dwukrotnie miejsce na podium konkursu na najlepszego analityka makroekonomicznego organizowanego przez „Rzeczpospolitą” i Narodowy Bank Polski. W 2017 roku znalazł się na liście New Europe 100, wyróżniającej najbardziej innowacyjne osoby Europy Środkowej, publikowanej przez „Financial Times”. Absolwent ekonomii na Uniwersytecie Bocconi w Mediolanie i nauk politycznych na Uniwersytecie Warszawskim.

 

Płace odrobiły straty z okresu epidemii

Przeciętne wynagrodzenie w przedsiębiorstwach* wróciło już do poziomu z początku roku. To pokazuje, że okres cięcia płac powoli mija. Jednocześnie jest to sygnał, że rynek pracy wcale nie przechylił się tak znacząco w stronę siły pracodawców jak wydawało się parę miesięcy temu. Firmy wciąż raportują problem z dostępem do wykwalifikowanej siły roboczej.

W sierpniu przeciętne wynagrodzenie wyniosło 5338 zł. Kiedy odejmie się z danych efekty sezonowe, to widać, że wynagrodzenie jest mniej więcej na poziomie z marca. Jednocześnie jest o ponad 4 proc. wyższe niż przed rokiem.

Odbicie płac to nie tylko efekt wygasania nadzwyczajnych programów pomocowych rządu, które umożliwiały firmom obniżki wynagrodzeń, ale również odzwierciedlenie niskiego wzrostu stopy bezrobocia. Sytuacja przetargowa pracowników pogorszyła się, ale raczej nie przeszliśmy z rynku pracownika do rynku pracodawcy. Nastąpiło po prostu wyrównanie sił. Widać to na przykład po odsetku firm, dla których dostęp do pracowników stanowi barierę rozwojową. W sektorze handlowym, który można uznać za reprezentatywny dla szerszych tendencji w gospodarce, przed epidemią ok. 30 proc. firm zgłaszało problem dostępu do siły roboczej. Po epidemii ten odsetek spadł do 13 proc. Ale to wciąż jest dużo więcej niż do 2016 roku, kiedy w Polsce trwał rynek pracodawcy i odsetek firm mających problemy z rekrutacją nie przekraczał 5 proc.

Zobaczymy, co stanie się z rynkiem pracy jesienią. Ale biorąc pod uwagę trendy demograficzne, warto wziąć pod uwagę możliwość, że rynek pracodawcy w Polsce już nigdy nie wróci.

*Dane dotyczą firm niefinansowych zatrudniających co najmniej 10 osób

PB Forecast

Powyższy tekst pochodzi z newslettera Dane Dnia prowadzonego przez Ignacego Morawskiego, dyrektora centrum analiz SpotData. Chcesz codziennie takie informacje na swoją skrzynkę? Zapisz się na newsletter SpotData.

O Autorze:

Ignacy Morawski

Ignacy Morawski, dyrektor centrum analiz SpotData

Ignacy Morawski jest pomysłodawcą projektu i szefem zespołu SpotData. Przez wiele lat pracował w sektorze bankowym (WestLB, Polski Bank Przedsiębiorczości), gdzie pełnił rolę głównego ekonomisty. W latach 2012-16 zdobył wiele wyróżnień w licznych rankingach, zajmując m.in. dwukrotnie miejsce na podium konkursu na najlepszego analityka makroekonomicznego organizowanego przez „Rzeczpospolitą” i Narodowy Bank Polski. W 2017 roku znalazł się na liście New Europe 100, wyróżniającej najbardziej innowacyjne osoby Europy Środkowej, publikowanej przez „Financial Times”. Absolwent ekonomii na Uniwersytecie Bocconi w Mediolanie i nauk politycznych na Uniwersytecie Warszawskim.