Ekonomiści wciąż zakładają relatywnie płytką recesję

Przeciętny ekonomista oczekuje, że w tym roku polska gospodarka skurczy się o 2 proc. Tak wynika z ankiety przeprowadzonej przez Narodowy Bank Polski na rynku. Wygląda to na umiarkowanie optymistyczny scenariusz.

NBP jak co kwartał pytał ekonomistów rynkowych i akademickich o prognozy dla polskiej gospodarki na najbliższe lata. Tym razem wyniki ankiety były szczególnie ciekawe, bo niepewność jest wyjątkowo wysoka. I widać to w odpowiedziach. O ile zwykle pesymistów i optymistów nie dzieli więcej niż 1 pkt proc. w prognozach PKB, o tyle dziś jest to aż 6 pkt proc. Największy pesymista w ankiecie NBP oczekuje spadku PKB o 5,5 proc. w 2020 roku, a największy optymista wzrostu o 0,5 proc. Środkowy w tej grupie ma prognozę na poziomie -2 proc.

Prognozy na kolejne lata są równie rozstrzelone. Największy pesymista oczekuje wzrostu PKB o zaledwie 0,8 proc. w 2022 r., a największy optymista o 4,4 proc. Nie każdy zatem wierzy w szybkie ozdrowienie gospodarki po pandemii.

To, co przykuło moją większą uwagę, to prognozy inflacji. Są one bardzo stabilne jak na skalę niepewności w gospodarce. Medianowa prognoza inflacji na ten rok wynosi 3,3 proc., a na kolejne lata jest właściwie bardzo blisko środka celu inflacyjnego NBP (2,5 proc). Maksymalne prognozy nie sięgają nawet 4 proc. Czyli nikt nie oczekuje, że nadchodzące ogromne luzowanie polityki pieniężnej wywoła – przy ograniczonej podaży dóbr i usług – podwyższoną inflację. Nie twierdzę, że wysoka inflacja to powinien być scenariusz bazowy, ale dziwi mnie, że nikt nie uważa, iż wysoka inflacja mieści się w zasięgu prawdopodobnych scenariuszy (badanie zawiera szacunki przedziałów ufności, one też nie wskazują na podwyższone ryzyko wysokiej inflacji).

W mojej ocenie wyniki ankiety NBP są dość optymistyczne. Tylko 2 proc. spadek PKB przy najsilniejszej pandemii od 100 lat (pod względem siły infekowania wirusa i wskaźnika umieralności, a nie liczby ofiar) można uznać za optymistyczną wizję. Podobnie 2-3 procentową inflację można uznać za wyraz dużej wiary w zdolność rządu i banku centralnego do płynnego przeprowadzenia kraju przez turbulencje. Ja myślę, że może być grany gorszy scenariusz, ale dziś potrzeba nam optymizmu, więc nie będę już psuł Państwu dnia.

Poniższy tekst pochodzi z newslettera Dane Dnia prowadzonego przez Ignacego Morawskiego, dyrektora centrum analiz SpotData. Chcesz codziennie takie informacje na swoją skrzynkę? Zapisz się na newsletter SpotData.

Jeśli chcecie się dowiedzieć jak pandemia COVID-19 może wpłynąć na Waszą firmę i gospodarkę polecamy PB Forecast Makro UE „Monitoring kryzysowy”.

 

 

 

O Autorze:

Ignacy Morawski

Ignacy Morawski, dyrektor centrum analiz SpotData

Ignacy Morawski jest pomysłodawcą projektu i szefem zespołu SpotData. Przez wiele lat pracował w sektorze bankowym (WestLB, Polski Bank Przedsiębiorczości), gdzie pełnił rolę głównego ekonomisty. W latach 2012-16 zdobył wiele wyróżnień w licznych rankingach, zajmując m.in. dwukrotnie miejsce na podium konkursu na najlepszego analityka makroekonomicznego organizowanego przez „Rzeczpospolitą” i Narodowy Bank Polski. W 2017 roku znalazł się na liście New Europe 100, wyróżniającej najbardziej innowacyjne osoby Europy Środkowej, publikowanej przez „Financial Times”. Absolwent ekonomii na Uniwersytecie Bocconi w Mediolanie i nauk politycznych na Uniwersytecie Warszawskim.

 

Kilka przemyśleń na temat rynku nieruchomości

Co będzie działo się z cenami mieszkań w obliczu epidemii i spadku aktywności gospodarczej? Słyszałem to pytanie już wielokrotnie. Nie mam jednak na nie dobrej odpowiedzi, tym bardziej, że nie jestem analitykiem tego rynku. Mam natomiast kilka przemyśleń co do czynników makroekonomicznych, które będą w grze w najbliższych miesiącach i kwartałach. Sądzę, że powinien wystąpić spadek cen, aczkolwiek wiele czynników, które pchały ceny w górę, pozostanie w mocy.

Moje spojrzenie na ceny nieruchomości zawiera się w trzech punktach.

Po pierwsze, ceny mieszkań są dość cykliczne, czyli poruszają się w podobnym kierunku, co kluczowe zmienne makroekonomiczne, jak wzrost gospodarczy czy bezrobocie. Widać to na wykresach poniżej. Więc gwałtowny spadek PKB i później ewentualny brak V-kształtnego szybkiego odbicia powinien przełożyć się na spadek cen mieszkań. Wraz z rosnącym bezrobociem mniej będzie osób chętnych do kupienia nieruchomości do zamieszkania. Wraz ze spadkiem aktywności w turystyce mniej będzie chętnych do kupienia nieruchomości na wynajem krótkookresowy. Popyt więc się obniży, a jednocześnie podaż nie ma szans zareagować tak szybko.

Po drugie, mieszkania są traktowane jako lokata kapitału i ten czynnik może być wciąż w grze w warunkach spadających stóp procentowych. Inwestycja w mieszkanie dziś wiąże się oczywiście z dużo, dużo większym ryzykiem niż jeszcze kilkanaście tygodni temu, bo zwiększyło się ryzyko związane z najemcami. Ale jednocześnie spada zyskowność innych, alternatywnych klas aktywów – kto wie, czy po korekcie o ryzyko spadek atrakcyjności innych klas aktywów nie jest większy (mowa o polskim, nie globalnym rynku). Sądzę, że wychodzenie z kryzysu będzie wiązało się z bardzo niskimi realnymi stopami procentowymi ze względu na dużą niepewność, niski stopień wykorzystania mocy produkcyjnych i potrzebę utrzymania wyraźnie dodatniej inflacji. Lokaty bankowe będą przynosiły realne straty. Akcje i obligacje korporacyjne to na polskim rynku oferta tylko dla bardzo doświadczonych inwestorów. Fundusze inwestycyjne bywają dość drogie. Mieszkania więc przez część zamożniejszych osób będą wciąż traktowane jako atrakcyjna alternatywa. Aczkolwiek…

Po trzecie, w czasie spłacania zobowiązań fiskalnych po kryzysie dla rządzących bardzo atrakcyjną opcją będzie wprowadzenie wyższych podatków od nieruchomości. Wydaje się, że może to być istotny czynnik ryzyka dla inwestycji w nieruchomości. Koszty amortyzowania wstrząsu gospodarczego przez budżet państwa mogą być tak duże, że gdy kurz opadnie pojawi się wiele inicjatyw podatkowych. Będzie to zresztą pożądane. A podatki majątkowe są relatywnie najmniej szkodliwe dla aktywności gospodarczej i jednocześnie dość atrakcyjne politycznie (uderzają w najzamożniejszych).

Podsumowując, dwa czynniki będą oddziaływać negatywnie na ceny nieruchomości, a jeden – pozytywnie. Jeżeli mają Państwo ustrukturyzowane przemyślenia odnośnie tego problemu, zapraszam do kontaktu – ciekawe opinie mogę któregoś dnia przekazać wszystkim czytelnikom.

***

Jeszcze kilka słów o krzywej epidemii (dane poniżej). Prawie wszędzie widać wypłaszczenie. W najbardziej dotkniętych krajach spada liczba dziennych zgonów. Idziemy w lepszym kierunku. Teraz największe wyzwanie będzie polegało na takiej organizacji życia społecznego, by po wygaśnięciu tej fali nie pojawiła się szybko kolejna.

Poniższy tekst pochodzi z newslettera Dane Dnia prowadzonego przez Ignacego Morawskiego, dyrektora centrum analiz SpotData. Chcesz codziennie takie informacje na swoją skrzynkę? Zapisz się na newsletter SpotData.

Jeśli chcecie się dowiedzieć jak pandemia COVID-19 może wpłynąć na Waszą firmę i gospodarkę polecamy PB Forecast Makro UE „Monitoring kryzysowy”.

 

 

 

O Autorze:

Ignacy Morawski

Ignacy Morawski, dyrektor centrum analiz SpotData

Ignacy Morawski jest pomysłodawcą projektu i szefem zespołu SpotData. Przez wiele lat pracował w sektorze bankowym (WestLB, Polski Bank Przedsiębiorczości), gdzie pełnił rolę głównego ekonomisty. W latach 2012-16 zdobył wiele wyróżnień w licznych rankingach, zajmując m.in. dwukrotnie miejsce na podium konkursu na najlepszego analityka makroekonomicznego organizowanego przez „Rzeczpospolitą” i Narodowy Bank Polski. W 2017 roku znalazł się na liście New Europe 100, wyróżniającej najbardziej innowacyjne osoby Europy Środkowej, publikowanej przez „Financial Times”. Absolwent ekonomii na Uniwersytecie Bocconi w Mediolanie i nauk politycznych na Uniwersytecie Warszawskim.

 

 

Zużycie prądu sugeruje, że Europa Środkowa radzi sobie lepiej niż Europa Zachodnia

Pierwszy wstrząs kryzysowy w Europie Środkowej może być słabszy niż w Europie Zachodniej. Tak wynika z europejskich danych o zużyciu prądu. W Polsce spadek zużycia ustabilizował się po pierwszym głębokim załamaniu. To może oznaczać, że wciąż wiele zakładów produkcyjnych działa. Choć trzeba też pamiętać o ograniczeniach związanych z interpretacją tych danych.

Dane z Europejskiej Sieci Operatorów Elektroenergetycznych Systemów Przesyłowych (ENTSO-E) pokazują, że w ostatnim tygodniu marca zużycie prądu było o 10-20 proc. niższe rok do roku we Francji, Włoszech i Hiszpanii oraz ok. 3-8 proc. niższe rok do roku w Polsce, Czechach i na Węgrzech. Jak wynika z danych Polskich Sieci Elektroenergetycznych, w Polsce w pierwszych dniach kwietnia spadek popytu na prąd w systemie wynosił ok. 7 proc. rok do roku, co oznacza, że po załamaniu w drugiej dekadzie marca nastąpiło pewne odbicie. Dane prezentuję na wykresach poniżej (regularnie prezentujemy je w tygodniowym przeglądzie PB Forecast – firmy zainteresowane bieżącym monitoringiem zapraszam do prenumeraty).

Warto oczywiście pamiętać, że dane o zużyciu energii nie są miarodajne dla całej aktywności gospodarczej. Niektóre sektory zużywają znacznie więcej energii – na przykład przemysł zużywa dużo więcej energii niż usługi rynkowe, mimo że jego udział w PKB jest znacznie niższy. W ramach przemysłu też są branże bardziej (stal) i mniej (tekstylia) energochłonne.

Ale nawet pamiętając o tych wątpliwościach, wykorzystanie danych o energii wydaje się uzasadnione. Mogą być współcześnie przybliżoną miarą spadku aktywności w branżach energochłonnych. Co więcej, trendy sugerowane przez dane o popycie na energię są spójne z dynamiką rozwoju epidemii. W Europie Środkowej dynamika ta jest niższa niż w Europie Zachodniej, co może wynikać z późniejszego rozpoczęcia epidemii i wcześniejszej reakcji rządów. Nie można oczywiście też wykluczyć, że kraje naszego regionu po prostu mają słabszy system testowania i zbierania danych, ale nie widzę przekonujących dowodów, by to był główny powód niższej oficjalnej ścieżki epidemii w regionie.

Będziemy na bieżąco śledzić dane z różnych segmentów gospodarki, ale nie można wykluczyć, że założenie o 20-30 proc. spadku PKB w czasie tzw. lockdownu w Polsce okaże się nieco przesadzone. Kluczowy dla tej oceny będzie jednak kwiecień, ponieważ to w tym miesiącu miną różne efekty wzmożonego budowania zapasów i odczuwalne dla przemysłu stanie się zamknięcie wielu fabryk w Polsce i Niemczech.

***

Jak co dzień, poniżej prezentuję krzywe epidemii na podstawie danych Uniwersytetu Johna Hopkinsa. Warto zwrócić uwagę na dość wyraźny spadek liczby zmarłych osób we Włoszech, Hiszpanii czy Francji. Możliwe, że kraje te znajdują się już poza szczytem obecnej fali epidemii. Kolejne dni pokażą, na ile dynamiczny jest spadek.

Zainteresowanym osobom polecam śledzenie danych na temat epidemii zamieszczanych na naszej stronie covid.spotdata.pl.

Poniższy tekst pochodzi z newslettera Dane Dnia prowadzonego przez Ignacego Morawskiego, dyrektora centrum analiz SpotData. Chcesz codziennie takie informacje na swoją skrzynkę? Zapisz się na newsletter SpotData.

Jeśli chcecie się dowiedzieć jak pandemia COVID-19 może wpłynąć na Waszą firmę i gospodarkę polecamy PB Forecast Makro UE „Monitoring kryzysowy”.

 

 

 

O Autorze:

Ignacy Morawski

Ignacy Morawski, dyrektor centrum analiz SpotData

Ignacy Morawski jest pomysłodawcą projektu i szefem zespołu SpotData. Przez wiele lat pracował w sektorze bankowym (WestLB, Polski Bank Przedsiębiorczości), gdzie pełnił rolę głównego ekonomisty. W latach 2012-16 zdobył wiele wyróżnień w licznych rankingach, zajmując m.in. dwukrotnie miejsce na podium konkursu na najlepszego analityka makroekonomicznego organizowanego przez „Rzeczpospolitą” i Narodowy Bank Polski. W 2017 roku znalazł się na liście New Europe 100, wyróżniającej najbardziej innowacyjne osoby Europy Środkowej, publikowanej przez „Financial Times”. Absolwent ekonomii na Uniwersytecie Bocconi w Mediolanie i nauk politycznych na Uniwersytecie Warszawskim.

 

Obniżyliśmy mocno wskaźnik długu, czas go odważnie powiększyć

Dług publiczny w Polsce spadł do poziomu niższego niż w 2008 r. – roku upadku Lehman Brothers. To daje rządowi niezły punkt startu, by teraz nie przejmować się długiem i solidnie wesprzeć firmy i gospodarstwa domowe w czasie załamania gospodarczego. Ten punkt mógłby być oczywiście lepszy, gdyby nie przedwyborcze, bardzo „hojne” programy społeczne. Ale nie jesteśmy wcale w złej pozycji. Ważne, by stworzyć mechanizmy, które zapewnią później redukcję długu w czasie odbicia gospodarczego.

Na koniec 2019 r. dług publiczny, liczony według metodologii Unii Europejskiej, spadł do 46 proc. PKB. Spadek jest wynikiem wysokiego nominalnego wzrostu gospodarczego i całkiem niskiego deficytu fiskalnego (deficyt to ubytek dochodów w relacji do wydatków w danym roku, dług zaś to ogólna wartość kredytów i obligacji państwa). Oznacza to, że dług jest najniższy od 2007 r.

O ile możemy powiększyć teraz zadłużenie? Rząd zdaje się postępować bardzo ostrożnie, jakby chciał bronić kraj przed nadmiernym zadłużeniem. Z wypowiedzi przedstawicieli rządów w mediach w minionych dniach można wnioskować, że liczą oni, iż dług nie wzrośnie mocno ponad poziom 50 proc. PKB.

Ale moim zdaniem to nieporozumienie. Czas na wstrzemięźliwość jest w okresach dobrej koniunktury, nie złej. Sądzę, że sam spadek PKB wywinduje wskaźnik długu do poziomów zbliżonych do 50 proc. PKB. Do tego dochodzi spadek dochodów podatkowych, który doda kolejne kilka punktów procentowych. A dodatkowo gospodarka potrzebuje dziś potężnego wsparcia płynnościowego. Wiele firm już zaczęło zwalniać pracowników, wiele firm zrobi to w kwietniu. Po takiej dezorganizacji produkcji odbicie po epidemii będzie dużo trudniejsze. Rząd nie powinien obawiać się programów wydatkowych idących w kwoty zbliżone do 5 proc. PKB, czyli znacznie większych niż to, co zapowiedziano w tarczy antykryzysowej.

To wszystko oznacza, że dług może znacznie przekroczyć 60 proc. PKB. Ale nie powinniśmy się tego obawiać nadmiernie. Jeżeli będziemy krajem dynamicznym gospodarczo to bez najmniejszych problemów poradzimy sobie z obsługą tego zadłużenia. Jeżeli nie będziemy – to ciężarem będzie dla nas nawet dużo niższy dług. To nie w długu tkwi zagrożenie, tylko w ewentualnym spadku naszego potencjału rozwojowego.

Istnieje oczywiście ryzyko, że wiarygodność kredytowa Polski ucierpiałaby na nadmiernym powiększeniu długu. Dlatego będziemy potrzebowali planu, jak sfinansować ten jednorazowy przyrost długu po epidemii. Z części transferów społecznych trzeba może będzie zrezygnować. Część zamożniejszych grup społecznych będzie musiała zapłacić wyższe podatki. Część funduszy z UE będziemy musieli przeznaczyć na redukcję długu. Ale to wszystko będą problemy do załatwienia po kryzysie. Nie dziś.

***

Zainteresowanym osobom polecam śledzenie danych na temat epidemii zamieszczanych na naszej stronie covid.spotdata.pl.

Poniższy tekst pochodzi z newslettera Dane Dnia prowadzonego przez Ignacego Morawskiego, dyrektora centrum analiz SpotData. Chcesz codziennie takie informacje na swoją skrzynkę? Zapisz się na newsletter SpotData.

Jeśli chcecie się dowiedzieć jak pandemia COVID-19 może wpłynąć na Waszą firmę i gospodarkę polecamy PB Forecast Makro UE „Monitoring kryzysowy”.

 

 

 

O Autorze:

Ignacy Morawski

Ignacy Morawski, dyrektor centrum analiz SpotData

Ignacy Morawski jest pomysłodawcą projektu i szefem zespołu SpotData. Przez wiele lat pracował w sektorze bankowym (WestLB, Polski Bank Przedsiębiorczości), gdzie pełnił rolę głównego ekonomisty. W latach 2012-16 zdobył wiele wyróżnień w licznych rankingach, zajmując m.in. dwukrotnie miejsce na podium konkursu na najlepszego analityka makroekonomicznego organizowanego przez „Rzeczpospolitą” i Narodowy Bank Polski. W 2017 roku znalazł się na liście New Europe 100, wyróżniającej najbardziej innowacyjne osoby Europy Środkowej, publikowanej przez „Financial Times”. Absolwent ekonomii na Uniwersytecie Bocconi w Mediolanie i nauk politycznych na Uniwersytecie Warszawskim.

 

Przemysł w Europie tąpnął, w Chinach ożył

Koniunktura przemysłowa w Europie, w tym w Polsce, gwałtownie tąpnęła w marcu, a to dopiero początek zjawiska recesji. Tymczasem w Chinach doszło do wyraźnej poprawy wskaźnika koniunktury przemysłowej – w głównej mierze ze względu na rozruch fabryk po ich zatrzymaniu i realizację opóźnionych dostaw.  Popyt nawet w Chinach pozostaje słaby.

Indeks PMI dla przemysłu w Polsce wyniósł w marcu 42,4 pkt, wobec 48,2 pkt w lutym. To największy spadek indeksu w historii badań, czyli od 1998 r. Taki odczyt spójny jest z istotnym spadkiem produkcji przemysłowej, w granicach -5 proc. rok do roku, choć przy tak dużych zaburzeniach produkcji dokładne oszacowania mają mały sens. Moje generalne założenie, oparte na wielu źródłach, jest takie, że ogólna aktywność gospodarcza w czasie społecznej kwarantanny jest o ok. 20-30 proc. niższa od normy. To jest załamanie, z jakim gospodarka mierzy się od mniej więcej połowy marca i z jakim zostanie do mniej więcej maja.

Podobnie słabe lub nawet słabsze odczyty widać we wszystkich krajach europejskich. W strefie euro indeks PMI spadł w marcu do 44,5 pkt, z 49,2 pkt w lutym.

Jednocześnie w Chinach indeks PMI odbił w zaskakująco mocny sposób w marcu – do 50,1 pkt, z 40,3 pkt w lutym. Widać, że tamtejsza gospodarka powoli budzi się do życia po kwarantannie. Niestety nie oznacza to, że wszystko wraca do normy. Poprawa indeksu pokazuje jedynie, że wobec fatalnego lutego nastąpiła poprawa. Jak wskazuje firma Markit, prowadząca badanie, wynika to z powolnego otwierania fabryk, realizacji zaległości produkcyjnych itd. Popyt tymczasem wciąż pozostaje słaby i utrzyma się na niskim poziomie jeszcze przez wiele tygodni.

Patrząc na ścieżki epidemii, Europa jest w tym momencie w analogicznym punkcie, w którym Chiny były w pierwszej dekadzie lutego, a Stany Zjednoczone są jeszcze ok. 10 dni później. W umiarkowanie optymistycznym scenariuszu można założyć, że powolne budzenie się produkcji do życia w Europie nastąpi w trzeciej dekadzie maja, a w USA w czerwcu. Wiadomo, że pierwsza połowa roku to będzie potężny szok dla całej światowej gospodarki. Walka toczy się teraz o to, by przygotować zasoby na mocny restart gospodarki w drugiej połowie roku. Będzie to bardzo trudne biorąc pod uwagę opinie epidemiologów o możliwym powrocie epidemii późnym latem/jesienią, ale nie jest to niemożliwe. Doświadczenia krajów azjatyckich pokazują, że jeżeli system ochrony przed epidemią jest gotowy, to można ją ograniczać na wczesnym etapie bez drastycznych kosztów.

***

Zainteresowanym osobom polecam śledzenie danych na temat epidemii zamieszczanych na naszej stronie covid.spotdata.pl.

Poniższy tekst pochodzi z newslettera Dane Dnia prowadzonego przez Ignacego Morawskiego, dyrektora centrum analiz SpotData. Chcesz codziennie takie informacje na swoją skrzynkę? Zapisz się na newsletter SpotData.

Jeśli chcecie się dowiedzieć jak pandemia COVID-19 może wpłynąć na Waszą firmę i gospodarkę polecamy PB Forecast Makro UE „Monitoring kryzysowy”.

 

 

 

O Autorze:

Ignacy Morawski

Ignacy Morawski, dyrektor centrum analiz SpotData

Ignacy Morawski jest pomysłodawcą projektu i szefem zespołu SpotData. Przez wiele lat pracował w sektorze bankowym (WestLB, Polski Bank Przedsiębiorczości), gdzie pełnił rolę głównego ekonomisty. W latach 2012-16 zdobył wiele wyróżnień w licznych rankingach, zajmując m.in. dwukrotnie miejsce na podium konkursu na najlepszego analityka makroekonomicznego organizowanego przez „Rzeczpospolitą” i Narodowy Bank Polski. W 2017 roku znalazł się na liście New Europe 100, wyróżniającej najbardziej innowacyjne osoby Europy Środkowej, publikowanej przez „Financial Times”. Absolwent ekonomii na Uniwersytecie Bocconi w Mediolanie i nauk politycznych na Uniwersytecie Warszawskim.

 

Czy obawy przed inflacją są uzasadnione?

W ostatnim miesiącu znacząco wzrosły obawy przed inflacją w Polsce. Widać to w badaniach nastrojów konsumentów. Trudno powiedzieć, czy wpływ ma na to epidemia, ale dowody anegdotyczne wskazują, że wśród ludności istnieją obawy, iż za kryzys zapłacimy inflacją. Czy tak będzie? Może tak w dalszej przyszłości być, choć raczej nie na skalę, której obawiają się niektórzy pesymiści.

Oczekiwania dotyczące inflacji w najbliższym roku wyraźnie wzrosły w marcu – tak wynika z badań nastrojów konsumentów publikowanych przez Komisję Europejską. Widać to na załączonym wykresie. Dane pokazują odsetek netto obywateli, którzy oczekują wzrostu inflacji w ciągu 12 miesięcy. Sięgał on 32,5 proc. i był najwyższy od listopada 2012 r. Najciekawszy jest jednaj znaczący miesięczny wzrost tego wskaźnika, jeden z najwyższych w ostatnich latach.

Dane mogą tylko częściowo uwzględniać efekty epidemii. Generalnie nastroje konsumentów raportowane przez Komisję Europejską poprawiły się w Polsce marcu, w przeciwieństwie do innych krajów Unii Europejskiej. To sugeruje, że badanie w Polsce było prowadzone w dużej mierze jeszcze przed ewidentną falą obaw o gospodarcze skutki epidemii. Pokazuje to też, że wskaźniki nastrojów generalnie są jeszcze słabym punktem odniesienia do oceny skutków kryzysu.

Ale wskaźnik dotyczący inflacji jest moim zdaniem wart uwagi. Obserwując debatę publiczną, zarówno tę bardziej zorganizowaną (media tradycyjne), jak i rozproszoną (media społecznościowe), mam wrażenie, że obawy przed inflacją są powszechne. To jest oczywiście tylko moje odczucie, zobaczymy, czy potwierdzą to badania opinii publicznej za kolejne miesiące. Postanowiłem jednak na te obawy odpowiedzieć.

Wydaje się, że w pierwszej fazie kryzysu inflacja powinna się obniżać. Przede wszystkim ze względu na załamanie cen surowców, w tym ropy naftowej, które przekłada się m.in. na ceny paliw. Ponadto przedsiębiorcy doświadczeni nagłym wstrząsem i posiadający wciąż duże zapasy towarów lub moce produkcyjne starają się często sprzedawać produkty lub usługi po niższych cenach. Widać to zresztą po pierwszych odczytach inflacji w Europie Zachodniej. W poniedziałek pojawiły się wstępne dane z Niemiec czy Hiszpanii, które pokazały spadek inflacji w marcu, mimo przyspieszenia cen żywności.

W dłuższym okresie sytuacja jest już mniej klarowna. Na razie większość prognoz pokazuje, że inflacja będzie niższa przez pandemię. Ale pamiętajmy, że najczęściej stosowane modele prognostyczne są całkowicie nieprzystosowane do takiego wstrząsu, jaki obserwujemy. Nigdy wcześniej spadek aktywności gospodarczej nie był tak szybki, szeroko zakrojony demograficznie, przy jednocześnie tak bardzo złożonej specyfice wstrząsu. Sądzę, że typowe modele ekonometryczne mogą bardzo słabo radzić sobie z opisem sytuacji. Lepiej pasowałyby modele strukturalne, służące do symulowania zachowań gospodarki, a nie badania statystycznych zależności historycznych, ale te z kolei słabo się sprawdzają przy prognozowaniu i prawie w ogóle nie są używane przez analityków rynkowych (może czas to zmienić?).

Moje spojrzenie na inflację w perspektywie dłuższej niż parę miesięcy jest takie, że przy relatywnie krótkiej recesji (2-4 miesiące) inflacja zareaguje spadkiem, ale przy dłuższej i głębszej recesji (4-5 miesięcy lub dłużej, z dwucyfrowym spadkiem PKB) może zareagować w końcu wzrostem ponad średnią historyczną. 

Skąd ta różnica? Przede wszystkim zakładam, że rząd będzie dążył do utrzymania w miarę stabilnych dochodów nominalnych ludności – przez różne dotacje, zasiłki, kredyty państwowe itd. Wydaje mi się zatem, że siła nabywcza ludności nie spadnie aż tak mocno jak produkcja dóbr i usług. Ta przewaga popytu nad podażą może generować presję na wzrost cen. Jeżeli recesja będzie krótka, to ta presja będzie znikoma i ustąpi efektom spadku cen surowców i różnych wyprzedaży stosowanych przez firmy. Jednocześnie przy relatywnie krótkiej recesji potencjał produkcji dóbr i usług nie ulegnie istotnej zmianie, przy restarcie gospodarki podaż dóbr i usług może być bardzo szybko zwiększona. Więc nie będzie presji na istotny wzrost cen.

Ale przy długiej i głębokiej recesji to się może zmienić. Potencjał produkcji dóbr i usług znacząco spadnie – część firm zamknie działalność, część zwolni dużą część załogi, część straci płynność kontaktów handlowe z partnerami. Jeżeli w tym samym czasie rząd będzie dążył do podtrzymania nominalnych dochodów ludności, to inflacja może w końcu wyraźnie wzrosnąć.  Nie wydaje mi się, by groziła nam bardzo wysoka, dwucyfrowa inflacja, zakładam bowiem, że jako państwo utrzymamy zdolność do zarządzania procesami gospodarczymi w kraju na rozsądnym poziomie. Inflacja bez kontroli zwykle jest efektem chaosu gospodarczego i społecznego, a ja przyjmuję na razie, że aż tak zły scenariusz nie będzie realizowany. Ale inflacja przewyższająca trendy z ostatnich 15-20 lat wydaje mi się możliwa.

Można też spojrzeć na problem z innej strony. Długa recesja wywołana pandemią na pewno doprowadzi do potężnego wzrostu wskaźników zadłużenia – albo w sektorze prywatnym, albo w sektorze publicznym. Dochody firm spadną znacząco w relacji do ich nominalnych zobowiązań i albo weźmie to na siebie państwo, albo ten problem zostanie w bilansach przedsiębiorstw. Z wysokiego zadłużenia zaś najłatwiej będzie wyjść utrzymując mocno ujemne realne stopy procentowe. Dlatego sądzę, że jeżeli recesja będzie długa i głęboka to wychodzeniu z niej będzie towarzyszyła podwyższona inflacja. Może to będzie 4-5 lub 5-6 proc., w porównaniu z obecnymi celami inflacyjnymi na poziomie 2-3 proc. Sądzę, że taka sytuacja mogłaby być nawet optymalna przy skali szkód wywołanych kryzysem w negatywnym scenariuszu.

***

Zainteresowanym osobom polecam śledzenie danych na temat epidemii zamieszczanych na naszej stronie covid.spotdata.pl.

Poniższy tekst pochodzi z newslettera Dane Dnia prowadzonego przez Ignacego Morawskiego, dyrektora centrum analiz SpotData. Chcesz codziennie takie informacje na swoją skrzynkę? Zapisz się na newsletter SpotData.

Jeśli chcecie się dowiedzieć jak pandemia COVID-19 może wpłynąć na Waszą firmę i gospodarkę polecamy PB Forecast Makro UE „Monitoring kryzysowy”.

 

 

 

O Autorze:

Ignacy Morawski

Ignacy Morawski, dyrektor centrum analiz SpotData

Ignacy Morawski jest pomysłodawcą projektu i szefem zespołu SpotData. Przez wiele lat pracował w sektorze bankowym (WestLB, Polski Bank Przedsiębiorczości), gdzie pełnił rolę głównego ekonomisty. W latach 2012-16 zdobył wiele wyróżnień w licznych rankingach, zajmując m.in. dwukrotnie miejsce na podium konkursu na najlepszego analityka makroekonomicznego organizowanego przez „Rzeczpospolitą” i Narodowy Bank Polski. W 2017 roku znalazł się na liście New Europe 100, wyróżniającej najbardziej innowacyjne osoby Europy Środkowej, publikowanej przez „Financial Times”. Absolwent ekonomii na Uniwersytecie Bocconi w Mediolanie i nauk politycznych na Uniwersytecie Warszawskim.

 

Jak na bieżąco śledzić gospodarkę

W czasie takich zawirowań gospodarczych i społecznych jak obecnie śledzenie tradycyjnych danych ekonomicznych traci trochę sens. Cóż nam bowiem może mówić dynamika produkcji przemysłowej za luty? Dlatego wprowadzamy powoli w SpotData szereg metod pozwalających na bieżącą ocenę koniunktury. Raportujemy je na bieżąco w naszym monitoringu PB Forecast (link tutaj – zapraszam do zapisu!). Będę również o nich informował w newsletterze.

Jednym z kluczowych wskaźników pozwalających na ocenę aktywności gospodarczej może być popyt na energię elektryczną. W ostatni piątek o godz. 13.00 (liczymy dane z tej godziny, aby wyłapać aktywność produkcyjna, a nie aktywność gospodarstw domowych) popyt na energię był o 12,6 proc. niższy niż w analogiczny piątek ubiegłego roku. Jak widać na wykresie, wyraźny spadek aktywności zaczął się w okolicach 8-9 marca, czyli tuż przed wprowadzeniem zakazu organizacji imprez masowych i zamknięciem szkół. Kluczowy był też prawdopodobnie fakt, że wtedy zaczęły stawać fabryki we Francji (a później we Włoszech), co obniżyło zamówienia w Polsce.

Jak interpretować ten spadek w kontekście szerszej aktywności gospodarczej? W przeszłości miesięczny popyt na energię bardzo rzadko spadał o więcej niż 5 proc. rok do roku, nawet w czasie głębokich kryzysów (jak w 2013 r.). Jeżeli więc obecny spadek utrzyma się lub pogłębi, będzie to oznaczać 3-4 krotnie większy wstrząs niż największe epizody spowolnienia gospodarczego. Jednocześnie na razie popyt na energię w Polsce spada wolniej niż we Francji czy we Włoszech, gdzie spadki sięgają 30 proc. Widać, że duża część aktywności produkcyjnej wciąż jest utrzymana.

Trzeba oczywiście pamiętać, że popyt na energię nie może opisywać aktywności całej gospodarki, ponieważ istnieją bardzo duże różnice w enegochłonności branż. Ale przy braku kompleksowych wskaźników, jest to jeden z dobrych papierków lakmusowych. Będziemy je łączyć z innymi tego typu wskaźnikami, by na bieżąco szacować aktywność gospodarczą. W tym momencie, bazując na różnych informacjach i wskaźnikach, które często mają bardzo niepewny charakter, szacowałbym, że aktywność gospodarcza w Polsce znajduje się ok. 15-20 proc. poniżej normy.

Jak co dzień, pokazujemy również krzywe epidemii by na bieżąco odpowiadać na pytanie, do kiedy mogą trwać obostrzenia w aktywności ludności. Najwcześniejszym możliwym terminem zniesienia obostrzeń wydaje się maj. Ale wielu ekspertów twierdzi, że obostrzenia będzie trzeba utrzymać dłużej, aby zapobiec drugiej fali epidemii.

***
Poniżej jak codziennie przedstawiam ścieżki epidemii. Pozytywnie można natomiast interpretować fakt, że ścieżka diagnozowanych zachorowań w Polsce ma wyraźnie niższe nachylenie niż ścieżka włoska czy francuska. Zobaczymy jak to będzie wyglądało w kolejnych dniach. Jednocześnie zainteresowanym osobom polecam śledzenie danych na temat epidemii zamieszczanych na stronie covid.spotdata.pl – jest to aplikacja przygotowana przez naszego analityka Kamila Pastora.

Poniższy tekst pochodzi z newslettera Dane Dnia prowadzonego przez Ignacego Morawskiego, dyrektora centrum analiz SpotData. Chcesz codziennie takie informacje na swoją skrzynkę? Zapisz się na newsletter SpotData.

Jeśli chcecie się dowiedzieć jak pandemia COVID-19 może wpłynąć na Waszą firmę i gospodarkę polecamy PB Forecast Makro UE „Monitoring kryzysowy”.

 

 

 

O Autorze:

Ignacy Morawski

Ignacy Morawski, dyrektor centrum analiz SpotData

Ignacy Morawski jest pomysłodawcą projektu i szefem zespołu SpotData. Przez wiele lat pracował w sektorze bankowym (WestLB, Polski Bank Przedsiębiorczości), gdzie pełnił rolę głównego ekonomisty. W latach 2012-16 zdobył wiele wyróżnień w licznych rankingach, zajmując m.in. dwukrotnie miejsce na podium konkursu na najlepszego analityka makroekonomicznego organizowanego przez Narodowy Bank Polski. W 2017 roku znalazł się na liście New Europe 100, wyróżniającej najbardziej innowacyjne osoby Europy Środkowej, publikowanej przez „Financial Times”. Absolwent ekonomii na Uniwersytecie Bocconi w Mediolanie i nauk politycznych na Uniwersytecie Warszawskim.

 

Wprowadźmy dochód gwarantowany firm

Rząd przyjął projekt działań antykryzysowych związanych z recesją wywołaną przez epidemię COVID-19. Projekt nosi nazwę „Tarczy Antykryzysowej” i ma ochronić płynność firm oraz miejsca pracy w okresie przestoju gospodarki. Z wypowiedzi przedstawicieli rządu wynika, że projekt może wejść w życie w ciągu dwóch tygodni.

Ocenę „tarczy antykryzysowej” już zamieściłem w tym newsletterze – zainteresowanych odsyłam do artykułu. Program ma odpowiednią wielkość na początek, ale ostatecznie może okazać się za mały. Zawiera też luki narażające go na niską skuteczność.

Dziś chciałem opisać problem, który moim zdaniem staje się coraz bardziej widoczny. I jednocześnie chcę zaproponować rozwiązanie tego problemu. Otóż program antykryzysowy jest bardzo złożony, stara się punktowo odpowiedzieć na wiele wyzwań związanych z płatniczą zapaścią w gospodarce (po szczegóły zapraszam do serwisu Zdrowy Biznes „Pulsu Biznesu”). To byłoby dobre podejście w czasie normalnej recesji, w której poszczególnie sektory gospodarki stopniowo reagują na zaburzenia w popycie. Tymczasem obecny kryzys jest bezprecedensowo szybki – w ciągu tygodnia zatrzymała się ogromna część aktywności gospodarczej, przez sieć transakcji gospodarczych już płyną potężne zatory płatnicze. Złożoność wprowadzanych działań antykryzysowych i tempo ich wprowadzania zupełnie nie przystają do tempa załamania. To trochę tak, jakby czołgiem gonić samolot. Rozumiem, że to jest naturalne tempo działania administracji, która – jak każda duża struktura – musi działać według procedur i schematów. Ale możliwe, że dałoby się jednak zastosować inne podejście, znacznie szybsze.

Moja propozycja opiera się na pomyśle ekonomistów Gabriela Zucmana i Emmanuela Saeza. Chodzi o dochód gwarantowany dla firm. Każda firma tracąca przychody mogłaby uzyskać uzupełnienie połowy tej utraty przez okres trzech-czterech miesięcy. Bez żadnych warunków wstępnych, oprócz udokumentowanie ubytku przychodów w okresie kwiecień-lipiec. Uzupełnienie mogłoby pokrywać określoną część kosztów, szczególnie kosztów płacowych. Nie trzeba pokrywać całości tych kosztów, ponieważ w okresie zamrożenia gospodarki potrzeby generalnie są mniejsze (płace części pracowników możnaby zredukować o połowę by uniknąć wysyłania ich na bezrobocie).

Dzięki temu firmy szybko zyskałyby pewność na czym stoją. Pracownicy uniknęliby zwolnień. Zatory płatnicze zmalałyby. Wraz z wakacjami kredytowymi wprowadzanymi przez banki oraz potężnymi zastrzykami płynności wykonywanymi przez NBP do systemu bankowego mogłoby to pozwolić „zamrozić” gospodarkę na kilka miesięcy bez destrukcji struktur organizacyjnych firm i kapitału ludzkiego.

A koszty? Szacuję, że wykonanie takiej operacji kosztowałoby 250-300 mld zł. Kwotę tę możnaby w połowie podzielić na bezpośrednie dotacje, a w połowie na kredyt gwarantowany przez państwo. Dotacje otrzymałyby firmy mniejsze i nie mające możliwości odrobić strat z okresu lockdownu (głównie usługowe), a kredyt firmy większe i firmy mające możliwość odrobić straty w przyszłości (głównie produkcyjne). Jeżeli kryzys by się przedłużał, wsparciem można zwiększyć.

Czy to nie doprowadzi nas do nadmiernego zadłużenia publicznego? Może doprowadzi, ale trudno mi znaleźć bardziej atrakcyjne alternatywy. Załamanie aktywności gospodarczej i tak doprowadzi do ogromnych długów, tyle że w sektorze prywatnym. Od tych długów nie ma ucieczki – niezapłacone faktury, opóźnione kredyty, prolongowane zobowiązania podatkowe, zaciągnięte kredyty obrotowe, to wszystko i tak się pojawi. Proponowana przeze mnie operacja przeniesie po prostu dużą część tego zadłużenia kryzysowego z sektora prywatnego na sektor publiczny, czyli uwspólnotowi dług. Uważam, że łatwiej będzie sobie z takim zadłużeniem w przyszłości poradzić gospodarce jako całości.

Jesteśmy w absolutnie wyjątkowej sytuacji, która wymaga absolutnie wyjątkowej reakcji. Obawiam się, że stosowanie schematów z przeszłości to może być trochę za mało.

***
Poniżej jak codziennie przedstawiam ścieżki epidemii. Jednocześnie zainteresowanym osobom polecam śledzenie danych na temat epidemii zamieszczanych na stronie covid.spotdata.pl – jest to aplikacja przygotowana przez naszego analityka Kamila Pastora.

Poniższy tekst pochodzi z newslettera Dane Dnia prowadzonego przez Ignacego Morawskiego, dyrektora centrum analiz SpotData. Chcesz codziennie takie informacje na swoją skrzynkę? Zapisz się na newsletter SpotData.

Jeśli chcecie się dowiedzieć jak pandemia COVID-19 może wpłynąć na Waszą firmę i gospodarkę polecamy PB Forecast Makro UE „Monitoring kryzysowy”.

 

O Autorze:

Ignacy Morawski

Ignacy Morawski, dyrektor centrum analiz SpotData

Ignacy Morawski jest pomysłodawcą projektu i szefem zespołu SpotData. Przez wiele lat pracował w sektorze bankowym (WestLB, Polski Bank Przedsiębiorczości), gdzie pełnił rolę głównego ekonomisty. W latach 2012-16 zdobył wiele wyróżnień w licznych rankingach, zajmując m.in. dwukrotnie miejsce na podium konkursu na najlepszego analityka makroekonomicznego organizowanego przez Narodowy Bank Polski. W 2017 roku znalazł się na liście New Europe 100, wyróżniającej najbardziej innowacyjne osoby Europy Środkowej, publikowanej przez „Financial Times”. Absolwent ekonomii na Uniwersytecie Bocconi w Mediolanie i nauk politycznych na Uniwersytecie Warszawskim.

 

Czy ten kryzys będzie głębszy niż po Lehman Brothers?

Pierwsze publikacje indeksów koniunktury PMI za marzec pokazują to, co widać gołym okiem – wstrząs dla aktywności gospodarczej będący efektem epidemii COVID-19 nie ma precedensu w najnowszej historii. Jest to szybszy i głębszy wstrząs niż po upadku banku Lehman Brothers w 2008 r. Indeks PMI złożony dla przetwórstwa i usług w strefie euro spadł do najniższego poziomu od początku badań (1998 r.).

Kluczowe pytanie brzmi teraz: czy konsekwencje tego wstrząsu będą również większe niż efekty wielkiego kryzysu finansowego? Przypomnijmy, że wtedy doszło do długotrwałego wzrostu bezrobocia, trwałego spadku dochodów ludności i trwałego wzrostu niepewności. Oczywiście nie wiemy, czy teraz będzie podobnie. Sądzę, że znajdujemy się w sytuacji, w której znacznie łatwiej jest zidentyfikować szanse niż ryzyka.

Po stronie szans, czyli czynników, które mogą sprawić, że średnio i długookresowe efekty COVID-19 będą znacznie łagodniejsze niż efekty upadku Lehman Brothers, można wymienić przede wszystkim naturę wstrząsu. Kryzys finansowy był efektem wielu nierównowag narastających przez długie lata w światowej gospodarce – nadmiernego zadłużenia zagranicznego niektórych krajów, nadmiernych inwestycji w nieruchomości w niektórych krajach, złego podejścia do zarządzania ryzykiem w sektorze finansowym itd. Te nierównowagi musiały zostać wyeliminowane, a na to potrzeba było wielu lat. Innymi słowy, organizm gospodarczy był niezdrowy i potrzebował długiej kuracji. Teraz natura wstrząsu jest inna – jest on całkowicie zewnętrzny (jak mówią ekonomiści – egzogeniczny) wobec struktury gospodarki, a więc gospodarka nie potrzebuje zmian strukturalnych, które zajęłyby dużo czasu. Pracownicy nie muszą szukać nowych zajęć w miejsce znikających zawodów, kapitał nie musi szukać nowych szans inwestycyjnych w miejsce bankrutujących firm. Po wstrząsie wiele procesów może toczyć się tym samym tempem.

Szansą na uniknięcie długookresowych konsekwencji jest też szybka reakcja polityk gospodarczych. W przeciwieństwie do 2008 r., nie ma długotrwałego deliberowania nad potrzebą ratowania gospodarki przez wydatki publiczne – taką konieczność akceptuje dziś przytłaczająca większość ekonomistów i decydentów.

Sądzę, że bardzo potrzebne jest nam dziś przekonanie, że możemy wyjść z tego bez wielkich urazów. Tylko wtedy decydenci będą w stanie podejmować odważne decyzje. Szykowanie się na wieloletni kryzys jest samo w sobie kryzyso-genne.

Natomiast oczywiście są też czynniki, które mogą sprawić, że wstrząs związany z epidemią będzie poważniejszy niż kryzys finansowy. Jeżeli okaże się, że epidemia faluje, a wynalezienie skutecznych terapii i szczepionek wydłuża się, wówczas głęboka recesja może trwać kilkanaście miesięcy – a może nawet dłużej. Wtedy nastąpią zmiany struktury gospodarczej, które bardzo trudno będzie szybko odwrócić. W części branż zatrudnienie spadnie trwale, część firm nie spłaci kredytów w ogóle, wysoki dług publiczny może wymagać podwyższonej inflacji, co z kolei doprowadzi do zubożenia części ludności. Za tym będą szły konflikty społeczne i polityczne, globalizacja już nie wróci na stare ścieżki.

To wszystko jest możliwe. Ale umówmy się – zasięg negatywnych scenariuszy jest nieograniczony. Ważne jest by działać, przy realistycznych, ale umiarkowanie optymistycznych założeniach, a jednocześnie mieć plany rezerwowe na wypadek wystąpienia scenariuszy gorszych.

Poniżej jak codziennie przedstawiam ścieżki epidemii. Widać, że procentowy przyrost nowych przypadków jest niższy w krajach europejskich, ale wciąż jesteśmy bardzo daleko od momentu, kiedy będzie można powiedzieć, że obecna fala epidemii zaczyna wygasać.

Jednocześnie zainteresowanym osobom polecam śledzenie danych na temat epidemii zamieszczanych na stronie covid.spotdata.pl – jest to aplikacja przygotowana przez naszego analityka Kamila Pastora.

Poniższy tekst pochodzi z newslettera Dane Dnia prowadzonego przez Ignacego Morawskiego, dyrektora centrum analiz SpotData. Chcesz codziennie takie informacje na swoją skrzynkę? Zapisz się na newsletter SpotData.

Jeśli chcecie się dowiedzieć jak pandemia COVID-19 może wpłynąć na Waszą firmę i gospodarkę polecamy PB Forecast Makro UE „Monitoring kryzysowy”.

PB Forecast

O Autorze:

Ignacy Morawski

Ignacy Morawski, dyrektor centrum analiz SpotData

Ignacy Morawski jest pomysłodawcą projektu i szefem zespołu SpotData. Przez wiele lat pracował w sektorze bankowym (WestLB, Polski Bank Przedsiębiorczości), gdzie pełnił rolę głównego ekonomisty. W latach 2012-16 zdobył wiele wyróżnień w licznych rankingach, zajmując m.in. dwukrotnie miejsce na podium konkursu na najlepszego analityka makroekonomicznego organizowanego przez Narodowy Bank Polski. W 2017 roku znalazł się na liście New Europe 100, wyróżniającej najbardziej innowacyjne osoby Europy Środkowej, publikowanej przez „Financial Times”. Absolwent ekonomii na Uniwersytecie Bocconi w Mediolanie i nauk politycznych na Uniwersytecie Warszawskim.

 

Dwa węzły gordyjskie dla rządu i nas wszystkich

Rząd i całe społeczeństwo stanie wkrótce przed koniecznością dokonania wyborów, które będą wiązały się z ogromnym ryzykiem – bez względu na podjętą decyzję. To będzie trochę jak chodzenie po górskiej grani po ciemku. Pierwsza decyzja dotyczy skali powiększenia długu publicznego w celu ratowania firm przed upadkiem. Druga decyzja będzie dotyczyła zakończenia tzw. lock-downu w warunkach niepewności dotyczącej ścieżki epidemii.

Jeżeli chodzi o ratowanie firm, to rząd powoli dopracowuje pakiet ratunkowy dla gospodarki. Z wypowiedzi wiceministra finansów Leszka Skiby wynika, że wydatki związane z tym pakietem sięgną ok. 60 mld zł (niecałe 3 proc. PKB). A do tego należy doliczyć naturalny w takiej sytuacji głęboki spadek dochodów sektora finansów publicznych (to może być drugie tyle).

Pytanie, czy to wciąż nie za mało? Na zachodzie coraz częściej mówi się o pakietach fiskalnych bardziej zbliżonych do 10 proc. PKB. Nie wliczając działań kredytowych po stronie banków centralnych i państwowych banków rozwoju. Sądzę, że w tym momencie jako scenariusz bazowy należy przyjąć bardzo głęboką recesję w drugim kwartale i ostrożne ożywienie w kolejnych kwartałach – z mocnym odbiciem dopiero na wiosnę 2021 r. Może być oczywiście lepiej lub gorzej, ale to jest chyba najbardziej racjonalne założenie. W takich warunkach potrzeba wsparcia fiskalnego ze strony rządu będzie większa niż to co obecnie jest zapowiadane.

Z drugiej strony, Polska jest krajem o niższej wiarygodności kredytowej i dla nas zadłużenie w długim okresie będzie niosło większe koszty. Moim zdaniem to nie powinno ograniczać skali zwiększania wydatków, ale rozumiem, że rząd na razie boi się bardziej odważnych deklaracji. Trwa testowanie gruntu.

Jeżeli chodzi o zakończenie lock-downu, to decyzja będzie jeszcze trudniejsza. Na razie konieczne jest wygaszenie obecnej fali epidemii by lepiej przygotować się na kolejną. Ale gospodarka nie może trwać długo w warunkach takiego zawieszenia jak obecnie. To będzie niosło gigantyczne koszty społeczne, w pewnym momencie wykraczające poza koszty samej epidemii – przyznają to nawet eksperci od zdrowia. Spadek PKB w obecnych warunkach może sięgać kilkudziesięciu procent (stają nie tylko punkty usługowe, ale powoli też fabryki), utrzymanie takiego stanu rzeczy przez więcej niż parę miesięcy (bardziej 1-3 niż 4-6) oznacza wstrząs większy niż Wielka Depresja na początku lat 30. XX wieku. Wprawdzie po tym wstrząsie powinno nastąpić dynamiczne odbicie (w przeciwieństwie do epizodów depresji), ale jeżeli wstrząs będzie trwał długo to zniszczone zostaną struktury organizacyjne niezbędne do takiego odbicia. Dlatego w pewnym momencie możemy stanąć przed wyborem: ratowanie życia versus ratowanie dobrobytu ludności.

Patrząc na liczbę raportowanych przypadków COVID-19, widać, że w ostatnich dniach nastąpiło pewne ograniczenie przyrostu. Może ono wynikać z faktu, że testuje się tylko najpoważniejsze przypadku lub z faktu, że przyrost nowych zachorowań zwalnia. Tego nie wiemy. Wielu statystyków uważa, że dane o raportowanych infekcjach są mało wiarygodne i na ich podstawie nie powinno budować się predykcji. Jednak z drugiej strony to na podstawie tych danych mogą być podejmowane decyzje polityczne o blokadach lub odblokowaniu ruchu ludności. Sądzę więc, że wciąż warto te dane śledzić, znając jednocześnie ich ograniczenia.

PB Forecast

Poniższy tekst pochodzi z newslettera Dane Dnia prowadzonego przez Ignacego Morawskiego, dyrektora centrum analiz SpotData. Chcesz codziennie takie informacje na swoją skrzynkę? Zapisz się na newsletter SpotData.

O Autorze:

Ignacy Morawski

Ignacy Morawski, dyrektor centrum analiz SpotData

Ignacy Morawski jest pomysłodawcą projektu i szefem zespołu SpotData. Przez wiele lat pracował w sektorze bankowym (WestLB, Polski Bank Przedsiębiorczości), gdzie pełnił rolę głównego ekonomisty. W latach 2012-16 zdobył wiele wyróżnień w licznych rankingach, zajmując m.in. dwukrotnie miejsce na podium konkursu na najlepszego analityka makroekonomicznego organizowanego przez Narodowy Bank Polski. W 2017 roku znalazł się na liście New Europe 100, wyróżniającej najbardziej innowacyjne osoby Europy Środkowej, publikowanej przez „Financial Times”. Absolwent ekonomii na Uniwersytecie Bocconi w Mediolanie i nauk politycznych na Uniwersytecie Warszawskim.