Klops z PKB

Polskiej gospodarce zajęło zaledwie dwa kwartały zjechanie z niemal 5-procentowej do 3-procentowej dynamiki PKB. Najnowsze dane sugerują, że wzrost gospodarczy w ostatnim kwartale był już w okolicach „trójki” lub nawet poniżej. Jak to interpretować? Czy hamujemy z piskiem opon?  Ewidentnie dołek jest głębszy od oczekiwań. Słabiej zachowywały się te segmenty popytu, których zupełnie nie widać w danych miesięcznych, czyli niektóre wydatki konsumpcyjne. I to sprawia, że widoki na najbliższe miesiące też się pogorszyły. Ale nie sądzę, by to był rodzaj spowolnienia, który będzie powszechnie odczuwalny dla wielu branż i gospodarstw domowych.

GUS podał na razie dane za cały 2019 r. i z nich musimy wywnioskować sami prawdopodobne wartości PKB za sam czwarty kwartał – ten jest bowiem najbardziej interesujący. W całym roku PKB wzrósł o 4 proc. (vs 5,1 proc. rok wcześniej), co oznacza, że w ostatnim kwartale roku dynamika ukształtowała się prawdopodobnie w okolicach 2,8-3,1 proc. A przypomnę, że jeszcze w pierwszym półroczu wzrost był bliski 5 proc.

Patrząc na trajektorię PKB, wydaje się prawdopodobne, że w najbliższych kwartałach wzrost gospodarczy ukształtuje się w okolicach 2,5 proc.

Główną przyczyną znacznego spowolnienia gospodarki jest osłabienie konsumpcji. Ponieważ dane miesięczne o sprzedaży detalicznej w sklepach zatrudniających powyżej 9 osób nie wskazywały na jej istotne spowolnienie, to znaczy, że dynamika wydatków konsumpcyjnych musiała zmniejszyć się w małych sklepach i w segmencie usług (kina, restauracje, fryzjerzy, lekarze itd.). Najciekawszy w tym wszystkim jest fakt, że konsumpcja zwolniła w warunkach gigantycznych transferów socjalnych (nowe 500+ od sierpnia). Pisałem wielokrotnie o tym, że ta runda 500+ zostanie w znacznie większym stopniu oszczędzona niż poprzednia, bo w większym stopniu trafiła do zamożniejszych gospodarstw domowych. Choć obserwowane osłabienie jest mimo wszystko niespodzianką. Możliwe, że to kwestia wyższej inflacji i niższej realnej dynamiki płac.

Skoro konsumpcja nie zareagowała na nową rundę 500+ i jest pod znacznie większym wpływem fluktuacji realnych wynagrodzeń, to perspektywy konsumpcji na pierwsze półrocze nie wyglądają zbyt dobrze. Dynamika realnych wynagrodzeń jest niska na tle minionych kilku lat i nie prędko się podniesie.

Jesteśmy już na tych poziomach wzrostu gospodarczego, które mogą wywoływać wzrost stopy bezrobocia. Robi się nieprzyjemnie. Ale obserwacje zagranicznych gospodarek prowadzą do wniosku, że obecny cykl różni się nieco od tradycyjnych cykli – bardziej punktowo dotyka niektóre segmenty gospodarki, nie rozlewa się na wszystkie branże, i przede wszystkim nie prowadzi do masowych zwolnień pracowników. Firmy nie chcą ich zwalniać, bo boją się, że w gorszych warunkach demograficznych dostęp do siły roboczej jest generalnie dużo trudniejszy.

W Polsce może być podobnie. Mimo niższego wzrostu gospodarczego, stopa bezrobocia może wzrosnąć tylko nieznacznie, a nastroje gospodarstw domowych nie muszą pogorszyć się znacząco.

Źródło danych ekonomicznych: LINK

Chcesz samodzielnie analizować dane ekonomiczne? Platforma SpotData to darmowy dostęp do ponad 40 tysięcy danych z polskiej i światowej gospodarki, które można analizować, przetwarzać i pobierać w formie wykresów i tabel do Excela.

Sprawdź na:  www.spotdata.pl/ogolna

Poniższy tekst pochodzi z newslettera Dane Dnia prowadzonego przez Ignacego Morawskiego, dyrektora centrum analiz SpotData. Chcesz codziennie takie informacje na swoją skrzynkę? Zapisz się na newsletter SpotData.


O Autorze:
Ignacy Morawski

Ignacy Morawski, dyrektor centrum analiz SpotData

Ignacy Morawski jest pomysłodawcą projektu i szefem zespołu SpotData. Przez wiele lat pracował w sektorze bankowym (WestLB, Polski Bank Przedsiębiorczości), gdzie pełnił rolę głównego ekonomisty. W latach 2012-16 zdobył wiele wyróżnień w licznych rankingach, zajmując m.in. dwukrotnie miejsce na podium konkursu na najlepszego analityka makroekonomicznego organizowanego przez Narodowy Bank Polski. W 2017 roku znalazł się na liście New Europe 100, wyróżniającej najbardziej innowacyjne osoby Europy Środkowej, publikowanej przez „Financial Times”. Absolwent ekonomii na Uniwersytecie Bocconi w Mediolanie i nauk politycznych na Uniwersytecie Warszawskim.
 
Pesymizm wyziera z opinii polskich menedżerów

Wyniki badania opublikowanego przez Narodowy Bank Polski mogą niepokoić. Z ankiety prowadzonej regularnie wśród przedsiębiorstw wypływa wniosek, że bardzo słabo oceniają one krótkookresowe perspektywy gospodarki. Jest też mniej takich, które chcą inwestować. Natomiast trzeba pamiętać, że w tego typu ankietach strach ma często wielkie oczy.

NBP raz na kwartał publikuje wyniki ankietowego badania prowadzonego wśród krajowych przedsiębiorstw. Nazywa się to Szybkim Monitoringiem. Badanie pokazuje, jak firmy oceniają koniunkturę, jakie mają plany inwestycyjne, płacowe, kredytowe, cenowe itd. Jego rezultaty są uważnie analizowane przez ekonomistów rynkowych.

Jeden ze wskaźników nazywa się Wskaźnikiem Prognoz Sytuacji Ekonomicznej (WPSE). On pokazuje, jak firmy oceniają najbliższą przyszłość, w perspektywie jednego kwartału. Wskaźnik ten spadł do najniższego poziomu od początku 2009 r., czyli dołka wielkiego kryzysu finansowego. Widać, że firmy czują słabość popytu zagranicznego, bo wskaźnik umów eksportowych obniżył się do najniższego poziomu od jesieni 2009 r. Inne istotne wskaźniki z tego badania też spadają, choć nie tak znacząco jak WPSE. Wskaźnik Bieżącej Oceny Sytuacji Ekonomicznej (BOSE) obniżył się w styczniu do najniższego poziomu od końca 2016 r. Wskaźnik nowych inwestycji spadł do najniższego poziomu od końca 2013 r.

To wszystko wygląda słabo, wspierając narrację o wyraźnym hamowaniu gospodarki. Na pewno to badanie jako argument mogą wykorzystać ci, którzy twierdzą, że polski PKB zwolni w tym roku do poniżej 3 proc.

Natomiast jak wszystkie wskaźniki koniunktury oparte o ankiety, również badania NBP należy traktować z pewnym dystansem. Warto pamiętać, że w ostatnim roku wskaźniki oparte o takie badania bardzo mocno się rozjechały – niektóre pokazują nastroje wręcz recesyjne, inne są stabilne. Wynika to z dużych rozbieżności między trendami w przemyśle, gdzie czuć efekty wojny handlowej i zawirowań na rynkach motoryzacyjnym i elektronicznym, a trendami w usługach, gdzie nie widać spowolnienia.

Optymista mógłby też zauważyć, że wskaźnik bieżącej oceny (BOSE) jest znacznie wyżej skorelowany z PKB niż wskaźnik prognoz sytuacji ekonomicznej (WPSE) – a ten pierwszy zachowuje się obecnie znacznie łagodniej niż ten drugi. Więc może nie jest tak źle.

Nie ma najmniejszych wątpliwości, że gospodarka zwalnia. Ale żyjemy też w czasach, gdy deklarowany pesymizm wykracza znacznie poza rozmiary rzeczywistych wstrząsów w gospodarce. I w ankiecie NBP też chyba to widać.

Źródło danych ekonomicznych: LINK

Chcesz samodzielnie analizować dane ekonomiczne? Platforma SpotData to darmowy dostęp do ponad 40 tysięcy danych z polskiej i światowej gospodarki, które można analizować, przetwarzać i pobierać w formie wykresów i tabel do Excela.

Sprawdź na:  www.spotdata.pl/ogolna

Poniższy tekst pochodzi z newslettera Dane Dnia prowadzonego przez Ignacego Morawskiego, dyrektora centrum analiz SpotData. Chcesz codziennie takie informacje na swoją skrzynkę? Zapisz się na newsletter SpotData.


O Autorze:
Ignacy Morawski

Ignacy Morawski, dyrektor centrum analiz SpotData

Ignacy Morawski jest pomysłodawcą projektu i szefem zespołu SpotData. Przez wiele lat pracował w sektorze bankowym (WestLB, Polski Bank Przedsiębiorczości), gdzie pełnił rolę głównego ekonomisty. W latach 2012-16 zdobył wiele wyróżnień w licznych rankingach, zajmując m.in. dwukrotnie miejsce na podium konkursu na najlepszego analityka makroekonomicznego organizowanego przez Narodowy Bank Polski. W 2017 roku znalazł się na liście New Europe 100, wyróżniającej najbardziej innowacyjne osoby Europy Środkowej, publikowanej przez „Financial Times”. Absolwent ekonomii na Uniwersytecie Bocconi w Mediolanie i nauk politycznych na Uniwersytecie Warszawskim.
 
Jak silne może być przełożenie epidemii na gospodarkę

Rynki finansowe zaczęły reagować na epidemię koronawirusa, która wybuchła w Chinach. Patrząc na ceny miedzi, uznawane czasem za papierek lakmusowy koniunktury na świecie, w ciągu kilku dni wymiecione zostały całe nadzieje na światowe ożywienie gospodarcze, budujące się mozolnie od czterech miesięcy. Ceny spadły w ciągu tygodnia o 8 proc., sięgając najniższego poziomu od października.

Jaki może być wpływ epidemii na gospodarkę światową? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, przejrzałem kilka badań modelujących wpływ epidemii. Wnioski można interpretować na dwa sposoby. Epidemie należą do największych nieprzewidywalnych ryzyk gospodarczych i niosą ze sobą istotne koszty. Ale żeby te koszty osiągnęły znaczące (kryzysowe) rozmiary, skala epidemii musiałaby znacząco przekroczyć największą epidemię ostatnich lat, czyli SARS z 2003 r. Na razie jesteśmy jeszcze od tego daleko.

OECD uznaje pandemię za jedno z najistotniejszych wschodzących ryzyk społeczno-ekonomicznych, oprócz katastrof naturalnych czy zagrożeń technologicznych. Eksperci organizacji podkreślają, że formułowane 40 lat temu nadzieje na wyeliminowanie zagrożeń zdrowotnych z listy istotnych ryzyk dla ludzkości nie sprawdziły się.

Jednym z najczęściej cytowanych badań ekonomicznym na temat efektów pandemii jest praca Warwicka McKibbina i Alexandry Sidorenko z 2006 r. Modelują oni cztery scenariusze rozwoju globalnej pandemii na przykładzie grypy:łagodny (1,4 mln przypadków śmiertelnych – scenariusz wzorowany na epidemii grypy Hong-Kong z 1969 r.), umiarkowany (14,2 mln – scenariusz wzorowany na epidemii grypy azjatyckiej z 1958 r.), ostry (71 mln – scenariusz wzorowany na hiszpańskiej grypie z 1919 r.) i ultra-ostry (142 mln).  Jak łatwo zauważyć, nawet scenariusz łagodny jest radykalny na tle obserwowanego dziś przypadku. Do poniedziałku raportowano ok. 100 przypadków śmiertelnych wirusa. Wirus SARS z 2003 r., do którego porównuje się obecny przypadek, zabił ok. 800 osób.

Koszty pandemii w postaci utraty globalnego PKB sięgają, wg autorów, 0,7 proc. w scenariuszu łagodnym, 1,8 proc. w scenariuszu umiarkowanym, 4,3 proc. w scenariuszu ostrym i 8 proc. w scenariuszu ultra-ostrym (podałem wyniki modelowania dla Europy). Dane te warto zestawić z wydarzeniami, które znamy: scenariusz łagodny to jest skala spowolnienia światowej gospodarki podobna do tej, którą obserwujemy od dwóch lat w wyniku wojny handlowej. Scenariusz umiarkowany to jest trochę więcej niż połowa efektów greckiego kryzysu w strefie euro z 2012 r. Scenariusz ostry to jest skala kryzysu finansowego z 2008 r. A scenariusz ultra-ostry to jest podwójny szok w porównaniu ze scenariuszem ostrym.

Źródeł kosztów ekonomicznych jest wiele, ale trzy są najistotniejsze. Po pierwsze, ok. 60 proc. kosztów generują zaburzenia w handlu i finansach wywołane przez aktywność zmierzającą do zatrzymania rozprzestrzeniania się wirusa. Po drugie, ok. 30 proc. kosztów generuje zatrzymanie pracowników w domu i obniżenie ich produktywności. Po trzecie, ok. 10 proc. kosztów generuje obniżenie potencjału siły roboczej.

Trzeba oczywiście pamiętać, że to jest tylko model, co więcej – model dość stary. Dziś światowa gospodarka wygląda inaczej niż w 2006 r. (Chiny mają dwukrotnie większy udział w światowym PKB niż wtedy), reakcja chińskich władz jest pewnie bardziej drastyczna niż można było teoretycznie zakładać, a koronawirus różni się od grypy. Ale jak każdy model jest to ciekawy punkt wyjścia do dyskusji.

Jak opisane wyniki można odnieść do dzisiejszych wydarzeń? Wydają się one zaskakująco niskie na tle strachu, jaki dziś opanował świat.

Rozważanym w mediach scenariuszem odniesienia jest SARS, który przyniósł – jak wspomniałem – ok. 800 przypadków śmiertelnych. Taka skala wstrząsu byłaby w świetle opisanego modelu bez większego znaczenia dla światowej gospodarki, pomijając krótkookresowe wahania popytu na surowce, czy przejściowe zaburzenia w handlu, które zostaną szybko odbudowane. Strach może oczywiście przyjąć duże rozmiary, ale wszystkie zaburzenia szybko znikną. Jeżeli obecny wirus będzie podążał podobną ścieżką, to obecna panika na rynkach powinna w miarę szybko wygasnąć. Pomijając uzasadniony strach o zdrowie, istotne obawy o kondycję światowej gospodarki mogłyby się pojawić, gdyby epidemia przyjęła rozmiary kilka rzędów wielkości większe niż obecnie.  

Gorzej jeżeli pojawią się sygnały, że wirus osiąga znacznie większe rozmiary. Lub że radykalizm reakcji władz, które zamykają kolejne miasta, blokują transport i wstrzymują aktywność gospodarczą (firmom w Szanghaju zalecono zamknięcie do 9. lutego), znacząco uderza w chiński popyt. Ten drugi czynnik wydaje mi się szczególnie istotny. W erze telewizji 24h i mediów społecznościowych napływające informacje o dziesiątkach lub setkach tysięcy przypadków śmiertelnych wywołałyby trudny do przecenienia efekt paniki na świecie. Efekt, który – jak podejrzewam – nie został dobrze uwzględniony w opisywanym powyżej modelu. 

Podsumowując, podejrzewam, że współcześnie wpływ pandemii na gospodarkę może być większy od tego, co kilkanaście lat temu szacowali ekonomiści. Ale jednocześnie na obecnym etapie wciąż jesteśmy daleko od scenariuszy, które uzasadniałyby podwyższone obawy o koniunkurę na świecie.

Źródło danych ekonomicznych: LINK

Chcesz samodzielnie analizować dane ekonomiczne? Platforma SpotData to darmowy dostęp do ponad 40 tysięcy danych z polskiej i światowej gospodarki, które można analizować, przetwarzać i pobierać w formie wykresów i tabel do Excela.

Sprawdź na:  www.spotdata.pl/ogolna

Poniższy tekst pochodzi z newslettera Dane Dnia prowadzonego przez Ignacego Morawskiego, dyrektora centrum analiz SpotData. Chcesz codziennie takie informacje na swoją skrzynkę? Zapisz się na newsletter SpotData.


O Autorze:

Ignacy Morawski

Ignacy Morawski, dyrektor centrum analiz SpotData

Ignacy Morawski jest pomysłodawcą projektu i szefem zespołu SpotData. Przez wiele lat pracował w sektorze bankowym (WestLB, Polski Bank Przedsiębiorczości), gdzie pełnił rolę głównego ekonomisty. W latach 2012-16 zdobył wiele wyróżnień w licznych rankingach, zajmując m.in. dwukrotnie miejsce na podium konkursu na najlepszego analityka makroekonomicznego organizowanego przez Narodowy Bank Polski. W 2017 roku znalazł się na liście New Europe 100, wyróżniającej najbardziej innowacyjne osoby Europy Środkowej, publikowanej przez „Financial Times”. Absolwent ekonomii na Uniwersytecie Bocconi w Mediolanie i nauk politycznych na Uniwersytecie Warszawskim.
 

 

W Europie rośnie obawa o konkurencyjność przemysłu motoryzacyjnego

Europejski przemysł znajduje się w recesji – pisałem o tym wielokrotnie. Produkcja spada, jest też znacznie słabsza niż aktywność przemysłowa w Chinach czy USA. Za ten spadek częściowo odpowiadają efekty cykliczne. Ale w Unii Europejskiej coraz częściej dostrzega się, że europejski sektor motoryzacyjny – filar gospodarki – ma duże problemy z dostosowaniem do ery samochodów elektrycznych. W czwartkowym wywiadzie dla „Financial Times” kanclerz Niemiec Angela Merkel otwarcie zaapelowała o prowadzenie aktywnej polityki przemysłowej, która doprowadzi do wzmocnienia pozycji Europy na światowym rynku aut EV, a szczególnie w segmencie produkcji akumulatorów i ogniw. Choć nie każdy zgadza się, czy taka aktywna polityka przemysłowa ma sens. Europę czeka bardzo gorąca debata na ten temat.

Problem jest o tyle istotny, że rozpowszechnienie samochodów elektrycznych to będzie jedna z największych transformacji biznesowych współczesności. Dotknie ona serca europejskiej gospodarki, czyli motoryzacji. Może być to dotyk nieprzyjemny dla niektórych krajów (co ciekawe, Polska raczej nie znajduje się w grupie najbardziej narażonej). Temat zaczyna osiągać wymiar makroekonomiczny.

Wyzwania z tym związane są trzy. 

Po pierwsze, przejście motoryzacji na elektryczność zmienia w niekorzystny dla UE sposób źródła przewagi technologicznej – dotychczas była nią zdolność produkcji silników spalinowych, teraz będzie to zdolność produkcji akumulatorów. Europa jest mocna w tej pierwszej dziedzinie, a słaba w tej drugiej. Pokazuję to na wykresie, na którym widać eksport silników i akumulatorów litowo-jonowych*. W tej pierwszej dziedzinie kraje UE zajmują połowę listy top-10, w tej drugiej dziedzinie tylko trzy miejsca i to bardziej odległe. Same Chiny eksportują 8 razy więcej akumulatorów niż Niemcy. O tym mówiła Angela Merkel.

Po drugie, produkcja samochodów elektrycznych wymaga mniej siły roboczej, co może stanowić wyzwanie dla rynku pracy. Dziennik „Handelsblatt” napisał w poniedziałek, że przejście na produkcję elektryków może obniżyć zatrudnienie w niemieckiej motoryzacji o ok. 400 tys. osób. Teoretycznie nie jest to wielka zmiana, ok. 1 proc. siły roboczej. Ale znacznie polityczne i społeczne motoryzacji jest znacznie większe niż wynikałoby to z takich prostych przeliczeń.

Po trzecie, w samochodach na znaczeniu będzie zyskiwało oprogramowanie, a pod tym względem Europa znacznie ustępuje Stanom Zjednoczonym. Jeżeli o atrakcyjności auta będą decydowały aplikacje i system operacyjny, to Dolina Krzemowa szybko prześcignie Bawarię. Baterie z Azji i oprogramowanie z Ameryki mogą wstrząsnąć europejskim sektorem.

Pytanie, które dziś zadają sobie europejscy decydenci, to czy rządy krajów UE i sama UE powinny mocno zaangażować się we wspieranie europejskich producentów, czyli tzw. aktywną politykę przemysłową? Nie chodzi o samo finansowanie badań, ale o wsparcie podatkowe, poluzowanie reguł antymonopolowych, aktywną politykę zamówień publicznych nakierowaną na konkretne cele przemysłowe. Teoretyczni taki kierunek wydaje się pożądany. Ale w praktyce będzie to bardzo trudne, bo będzie trzeba naruszyć wiele reguł konkurencji, dotychczas uznawanych za filary jednolitego rynku. Jeżeli rządy zaczną wspierać konkretne firmy, wówczas otworzy się worek z przeróżnymi pomysłami na to, kto potrzebuje wsparcia. Europa stoi więc przed trudnymi wyzwaniami. Ale warto pamiętać, że w dziedzinie tradycyjnych samochodów w XX wieku kraje europejskie też były naśladowcami a nie liderami zmiany technologicznej (przynajmniej jako producenci pojazdów na masową skalę, bo sam silnik pierwsi wymyślili Niemcy). I naśladowanie wyszło im bardzo dobrze. Teraz powinno być podobnie, nie ma powodu, by nadmiernie obawiać się o zdolność technologiczną Europy do konkurowania. Największe mogą być jak zwykle wyzwania polityczne.

*Akumulatory litowo-jonowe wykorzystywane są nie tylko w motoryzacji, ale w danych o handlu zagranicznym nie ma rozróżnienia na przeznaczenie akumulatorów. Nie ma natomiast wątpliwości, że w tej dziedzinie Europa generalnie ustępuje Azji. 

Źródło danych ekonomicznych: LINK

Chcesz samodzielnie analizować dane ekonomiczne? Platforma SpotData to darmowy dostęp do ponad 40 tysięcy danych z polskiej i światowej gospodarki, które można analizować, przetwarzać i pobierać w formie wykresów i tabel do Excela.

Sprawdź na:  www.spotdata.pl/ogolna

Poniższy tekst pochodzi z newslettera Dane Dnia prowadzonego przez Ignacego Morawskiego, dyrektora centrum analiz SpotData. Chcesz codziennie takie informacje na swoją skrzynkę? Zapisz się na newsletter SpotData.


O Autorze:
Ignacy Morawski

Ignacy Morawski, dyrektor centrum analiz SpotData

Ignacy Morawski jest pomysłodawcą projektu i szefem zespołu SpotData. Przez wiele lat pracował w sektorze bankowym (WestLB, Polski Bank Przedsiębiorczości), gdzie pełnił rolę głównego ekonomisty. W latach 2012-16 zdobył wiele wyróżnień w licznych rankingach, zajmując m.in. dwukrotnie miejsce na podium konkursu na najlepszego analityka makroekonomicznego organizowanego przez Narodowy Bank Polski. W 2017 roku znalazł się na liście New Europe 100, wyróżniającej najbardziej innowacyjne osoby Europy Środkowej, publikowanej przez „Financial Times”. Absolwent ekonomii na Uniwersytecie Bocconi w Mediolanie i nauk politycznych na Uniwersytecie Warszawskim.
Czy podwyżki stóp procentowych są możliwe

Po wyraźnym wzroście inflacji w grudniu, na rynku finansowym wzrosło prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych w Polsce. Choć instrumenty finansowe wciąż nie wyceniają nawet jednej pełnej podwyżki stóp o 0,25 pkt proc., to dzisiejsze spojrzenie na przyszłą politykę NBP różni się od tego z początku roku, kiedy rynek bardziej oczekiwał obniżki niż podwyżki oprocentowania. Ta nieznaczna zmiana jest bardzo ciekawa. Czy podwyżka jest rzeczywiście możliwa? Musiałoby zajść kilka okoliczności.

GUS w ostatecznym odczycie inflacji potwierdził w środę, że tempo wzrostu cen konsumpcyjnych w grudniu wyniosło 3,4 proc. rok do roku. Różne istotne miary wzrostu cen, jak inflacja bazowa (bez żywności i energii) czy inflacja cen usług, znajdują się na wieloletnich maksimach.

Ale żeby stopy procentowe rzeczywiście wzrosły, potrzebne jest spełnienie kilku warunków.

Po pierwsze, wzrost gospodarczy musi być wyższy od oczekiwań. Teraz NBP prognozuje, że gospodarka urośnie w przyszłym roku o ok. 3,5 proc.

Po drugie, inflacja musiałaby utrzymać się na podwyższonym poziomie do wiosny-lata. Większość prognoz pokazuje, że na wiosnę inflacja zacznie się obniżać ze względu na tzw. efekty bazowe (inflacja rosła na wiosnę zeszłego roku) oraz wygaszenie fali podwyżek w usługach. Jeżeli to nie nastąpi, wówczas spojrzenie banku centralnego na stopy procentowe może się zmienić.

Po trzecie, koniunktura na świecie musiałaby się poprawić. Polska jest małą gospodarką otwartą i zagrożenia zewnętrzne są traktowane jako głównie źródło ryzyka.

Po czwarte, kurs złotego nie może się nadmiernie umocnić. Bank centralny traktowałby umocnienie złotego jako głównie niebezpieczeństwo wynikające z potencjalnych podwyżek stóp procentowych – jeżeli złoty będzie się umacniał, to podwyżki będą raczej wykluczone (tym bardziej, że aprecjacja szybko ograniczy inflację).

W tym momencie sądzę, że kombinacja wszystkich tych czynników nie wystąpi i stopy procentowe nie wzrosną w tym roku. Ale poczekajmy do wiosny, która zweryfikuje trendy inflacyjne i stan koniunktury.

Źródło danych ekonomicznych: LINK

Chcesz samodzielnie analizować dane ekonomiczne? Platforma SpotData to darmowy dostęp do ponad 40 tysięcy danych z polskiej i światowej gospodarki, które można analizować, przetwarzać i pobierać w formie wykresów i tabel do Excela.

Sprawdź na:  www.spotdata.pl/ogolna

Poniższy tekst pochodzi z newslettera Dane Dnia prowadzonego przez Ignacego Morawskiego, dyrektora centrum analiz SpotData. Chcesz codziennie takie informacje na swoją skrzynkę? Zapisz się na newsletter SpotData.


O Autorze:
Ignacy Morawski

Ignacy Morawski, dyrektor centrum analiz SpotData

Ignacy Morawski jest pomysłodawcą projektu i szefem zespołu SpotData. Przez wiele lat pracował w sektorze bankowym (WestLB, Polski Bank Przedsiębiorczości), gdzie pełnił rolę głównego ekonomisty. W latach 2012-16 zdobył wiele wyróżnień w licznych rankingach, zajmując m.in. dwukrotnie miejsce na podium konkursu na najlepszego analityka makroekonomicznego organizowanego przez Narodowy Bank Polski. W 2017 roku znalazł się na liście New Europe 100, wyróżniającej najbardziej innowacyjne osoby Europy Środkowej, publikowanej przez „Financial Times”. Absolwent ekonomii na Uniwersytecie Bocconi w Mediolanie i nauk politycznych na Uniwersytecie Warszawskim.
Mapa polskiego eksportu – gdzie rośnie, gdzie spada

W obliczu globalnego spowolnienia handlowego, przygotowałem małą mapę eksportową, pokazującą, gdzie sprzedaż z Polski rosła najszybciej a gdzie najwolniej w 2019 r.*  Zamieszczam ją poniżej.

Jeden z kluczowych wniosków z analizy geograficznej jest taki, że polski eksport jest mocno zrównoważony pod względem dynamiki – rośnie na zdecydowanej większości kierunków. Ponadto, widać dywersyfikację – najszybciej rośnie on do krajów znajdujących się poza UE. W pewnej mierze wynika to z faktu, że rozliczenie eksportu poza UE często następuje w dolarach, a dane są raportowane głównie w euro – to podniosło wartość eksportu. Ale nie jest to czynnik kluczowy, bo na wielu ważnych kierunkach eksport rósł znacznie szybciej niż zmiana kursu EUR/USD.

Patrząc na listę 30 największych partnerów handlowych Polski, eksport najszybciej rósł do: Chin (27 proc.), Kanady (19 proc.), Białorusi (18 proc.), Austrii (18 proc.) i USA (14 proc.). Widać zatem mocny rozwój kierunków pozaunijnych. Co więcej, szybki wzrost eksportu do Chin pozwala zadać pytanie, czy przypadkiem nie korzystamy na wojnie handlowej – Chińczycy czy Amerykanie zwiększają w innych krajach zamówienia, których nie mogą realizować u siebie nawzajem. Ale to tylko hipoteza.

Najsłabsze wyniki eksportu w grupie top-30 osiągnęła sprzedaż do Danii (-5 proc.), Norwegii (1,2 proc.), Czech (1,6 proc.), Bułgarii (3,2 proc.) i Wielkiej Brytanii (3,2 proc.).

*Dane za trzy kwartały

Źródło danych ekonomicznych: LINK

Chcesz samodzielnie analizować dane ekonomiczne? Platforma SpotData to darmowy dostęp do ponad 40 tysięcy danych z polskiej i światowej gospodarki, które można analizować, przetwarzać i pobierać w formie wykresów i tabel do Excela.

Sprawdź na:  www.spotdata.pl/ogolna

Poniższy tekst pochodzi z newslettera Dane Dnia prowadzonego przez Ignacego Morawskiego, dyrektora centrum analiz SpotData. Chcesz codziennie takie informacje na swoją skrzynkę? Zapisz się na newsletter SpotData.


O Autorze:
Ignacy Morawski

Ignacy Morawski, dyrektor centrum analiz SpotData

Ignacy Morawski jest pomysłodawcą projektu i szefem zespołu SpotData. Przez wiele lat pracował w sektorze bankowym (WestLB, Polski Bank Przedsiębiorczości), gdzie pełnił rolę głównego ekonomisty. W latach 2012-16 zdobył wiele wyróżnień w licznych rankingach, zajmując m.in. dwukrotnie miejsce na podium konkursu na najlepszego analityka makroekonomicznego organizowanego przez Narodowy Bank Polski. W 2017 roku znalazł się na liście New Europe 100, wyróżniającej najbardziej innowacyjne osoby Europy Środkowej, publikowanej przez „Financial Times”. Absolwent ekonomii na Uniwersytecie Bocconi w Mediolanie i nauk politycznych na Uniwersytecie Warszawskim.
Przepotężna nadwyżka handlu towarami Polski

Polska gospodarka hamuje, ale poduszką bezpieczeństwa okazuje się relatywnie odporny na zawirowania zagraniczne eksport. Tak można interpretować ostatnie dane o bilansie płatniczym. W listopadzie Polska zanotowała potężną nadwyżkę w handlu towarami, właśnie dzięki kombinacji słabego importu i relatywnie mocnego eksportu. Patrząc na cały rachunek bieżący, czyli saldo dochodów z tytułu handlu towarami, usługami, płatności dywidend/odsetek i transferów pieniężnych, to bardzo dawno nie było ono tak wysokie w relacji do PKB.

Nadwyżka handlu towarami wyniosła w listopadzie 829 mln euro. To drugi w historii wynik po wrześniowych 830 mln euro*. Jest on zasługą mocnego spadku importu (4,5 proc. rok do roku) i tylko lekkiego spadku eksportu (1,1 proc. rok do roku). Kiedy z danych usuniemy wszystkie szumy, czyli odejmiemy sezonowości i weźmiemy średnią kroczącą, to zobaczmy, że dynamika importu zbliżyła się do zera, ale dynamika eksportu trzyma się solidnie powyżej 5 proc. Oczywiście sprzedaż zagraniczna rośnie nieco słabiej niż rok czy dwa lata temu, ale czego możemy oczekiwać przy potężnym spadku produkcji przemysłowej w Niemczech! Fakt, że przy niekorzystnych warunkach zewnętrznych polski eksport wciąż rośnie, jest godny docenienia.

Jak zinterpretować te dane? Słabość importu to odzwierciedlenie słabości akumulacji, czyli inwestycji i zapasów – firmy mniej kupują za granicą towarów inwestycyjnych oraz prawdopodobnie mniej towarów konsumpcyjnych do magazynów. Winne są kulejące inwestycje publiczne i prawdopodobnie zwalniające inwestycje prywatne. Możliwe jest też, że konsumpcja towarów wspierana przez nową rundę 500+ jest słabsza od oczekiwań.

Z kolei niezłe wyniki eksportu to po prostu odzwierciedlenie wysokiej konkurencyjności polskiego sektora przemysłowego. Otwierane są nowe fabryki inwestorów zagranicznych, a jednocześnie zamawiający w Europie mogą w czasie gorszej koniunktury szukać tańszych dostawców z Europy Środkowej.

Warto zwrócić uwagę, że całe saldo obrotów bieżących w relacji do PKB w ostatnich 12 miesiącach przekroczyło 0,6 proc. Ostatni raz taki wynik był zanotowany w 1995 r., a jesteśmy blisko przekroczenia tamtego poziomu (choć wtedy gospodarka funkcjonowała w innych warunkach, więc trudno o bezpośrednie porównania). Oznacza to w praktyce, że polska gospodarka jest na bieżąco uniezależniona od finansowania zagranicznego. To oznaka wysokiej odporności na wstrząsy w światowym systemie finansowym. Choć warto pamiętać, że jesteśmy krajem spłacającym dość wysokie zadłużenie zagraniczne – ktoś kto spłaca zadłużenie, musi notować nadwyżkę dochodów nad wydatkami. Dobrze wiec, że spłacamy, ale nie oznacza to, że staliśmy się nagle drugimi Niemcami, Szwajcarią, czy nawet Czechami (kraje te słyną z wysokich oszczędności i stabilności finansowej). Powoli.

*Trzeba pamiętać, że dane z bilansu płatniczego podlegają ex post mocnym rewizjom wynikającym z uzupełniana danych przez NBP 

Źródło danych ekonomicznych: LINK

Chcesz samodzielnie analizować dane ekonomiczne? Platforma SpotData to darmowy dostęp do ponad 40 tysięcy danych z polskiej i światowej gospodarki, które można analizować, przetwarzać i pobierać w formie wykresów i tabel do Excela.

Sprawdź na:  www.spotdata.pl/ogolna

Poniższy tekst pochodzi z newslettera Dane Dnia prowadzonego przez Ignacego Morawskiego, dyrektora centrum analiz SpotData. Chcesz codziennie takie informacje na swoją skrzynkę? Zapisz się na newsletter SpotData.


O Autorze:
Ignacy Morawski

Ignacy Morawski, dyrektor centrum analiz SpotData

Ignacy Morawski jest pomysłodawcą projektu i szefem zespołu SpotData. Przez wiele lat pracował w sektorze bankowym (WestLB, Polski Bank Przedsiębiorczości), gdzie pełnił rolę głównego ekonomisty. W latach 2012-16 zdobył wiele wyróżnień w licznych rankingach, zajmując m.in. dwukrotnie miejsce na podium konkursu na najlepszego analityka makroekonomicznego organizowanego przez Narodowy Bank Polski. W 2017 roku znalazł się na liście New Europe 100, wyróżniającej najbardziej innowacyjne osoby Europy Środkowej, publikowanej przez „Financial Times”. Absolwent ekonomii na Uniwersytecie Bocconi w Mediolanie i nauk politycznych na Uniwersytecie Warszawskim.
Moment wyczekiwania, co dalej ze stopą bezrobocia

Czekałem wiele miesięcy aż będę mógł napisać, że stopa bezrobocia w umęczonej kryzysami strefie euro spadła do rekordowo niskiego poziomu. Ale nie mogę tego zrobić, bo odsetek bezrobotnych zatrzymał się kilka dziesiątych punktu procentowego ponad historycznym minimum, osiągniętym na początku 2008 r.

Tak się stało nie tylko w strefie euro, ale też innych rejonach, również w Polsce. Wszędzie stopa bezrobocia stanęła w miejscu. Stoi nisko, ale już się nie zmienia – widać to na wykresie poniżej. Trwa moment wyczekiwania, co wydarzy się dalej. 

Gdyby stopa bezrobocia ruszyła się wyraźnie w górę, byłoby to jasny sygnał, że z gospodarką dzieje się coś niedobrego. Ale na razie nie widać żadnych objawów, by stopa bezrobocia w Europie miała rosnąć. Natomiast na pewno przydałby się jej dalszy spadek. Choć 7,5 proc. bezrobocia w strefie euro i 6,3 proc. w całej UE to mało na tle historycznym, ale to wciąż na tyle dużo, by wywoływać niepewność wśród pracowników i generować niepokoje społeczne. W USA, Japonii, Australii, Kanadzie stopa bezrobocia jest niższa. Europa ma jakąś dziwną akceptację dla wysokich stóp bezrobocia i niskiej inflacji – jest to zapewne pokłosie różnic politycznych odnośnie tego, jak z bezrobociem należy walczyć.

W Polsce stopa bezrobocia zatrzymała się na poziomie 3,2 proc. (jest to szacunek Eurostatu – dotyczy danych z badań ankietowych, tzw. metody BAEL) i raczej już nie powróci do spadków. Już na te spadku nie ma miejsca. Natomiast ciekawe jest pytanie, o ile może podbić stopę bezrobocia podwyżka płacy minimalnej i spowolnienie gospodarcze? Tego dowiemy się w ciągu kilku miesięcy. Ja sądzę, że zakończymy ten rok z lekko wyższą stopą bezrobocia niż obecnie.

Źródło danych ekonomicznych: LINK

Chcesz samodzielnie analizować dane ekonomiczne? Platforma SpotData to darmowy dostęp do ponad 40 tysięcy danych z polskiej i światowej gospodarki, które można analizować, przetwarzać i pobierać w formie wykresów i tabel do Excela.

Sprawdź na:  www.spotdata.pl/ogolna

Poniższy tekst pochodzi z newslettera Dane Dnia prowadzonego przez Ignacego Morawskiego, dyrektora centrum analiz SpotData. Chcesz codziennie takie informacje na swoją skrzynkę? Zapisz się na newsletter SpotData.


O Autorze:

Ignacy Morawski

Ignacy Morawski, dyrektor centrum analiz SpotData

Ignacy Morawski jest pomysłodawcą projektu i szefem zespołu SpotData. Przez wiele lat pracował w sektorze bankowym (WestLB, Polski Bank Przedsiębiorczości), gdzie pełnił rolę głównego ekonomisty. W latach 2012-16 zdobył wiele wyróżnień w licznych rankingach, zajmując m.in. dwukrotnie miejsce na podium konkursu na najlepszego analityka makroekonomicznego organizowanego przez Narodowy Bank Polski. W 2017 roku znalazł się na liście New Europe 100, wyróżniającej najbardziej innowacyjne osoby Europy Środkowej, publikowanej przez „Financial Times”. Absolwent ekonomii na Uniwersytecie Bocconi w Mediolanie i nauk politycznych na Uniwersytecie Warszawskim.
 
Nie ma zrównoważonego budżetu

Rozpoczęcie procedowania w Sejmie ustawy budżetowej na 2020 r. jest dobrą okazją, by wrócić do tematu, który parę razy już poruszałem – kwestii tzw. „zrównoważonego budżetu”. W tym momencie wiemy już, że to jest fikcja, budżet państwa nie jest zrównoważony. Czy to problem? Pewnie niewielki. Ale warto odnotować fakt, że pomijając jednorazowe wpływy powiększamy istotnie deficyt finansów publicznych.

Żeby dobrze zobrazować sytuację, Polska w Europie Środkowej plasuje się gdzieś między Czechami a Rumunią. Czechy słyną z wysokiej wiarygodności i ostrożności fiskalnej. Rumunia znana jest z jechania po bandzie i stymulowania fiskalnego gospodarki w momentach jej największej ekspansji. My jesteśmy krajem unikającym obu tych „skrajności”, na dobre i na złe.

Wprawdzie oficjalny deficyt budżetowy zaplanowany w ustawie wynosi zero. Ale jak pisałem przed dwoma miesiącami, rezygnacja z podwyżek podatków (i wprowadzenia wyższych wydatków) sprawiła, że osiągnięcie zerowego deficytu będzie możliwe tylko dzięki kreatywnej księgowości. I tak się stało. Część wydatków rząd po prostu wypchnął poza budżet, realizując je przez tzw. Fundusz Solidarnościowy, który miał służyć głównie wsparciu osób niepełnosprawnych. Dodatkowo zmienione zostały zasady księgowania zysku Narodowego Banku Polskiego, w taki sposób, by powiększyć kwotę wypłaty zysku z banku do budżetu (zysk NBP zawsze w większości trafia do budżetu).

Więc choć w budżecie deficyt wynosi zero, to w sektorze finansów publicznych, uwzględniającym wszystkie instytucje publiczne (wraz z samorządami), deficyt ma sięgnąć ponad 26 mld zł (1,2 proc. PKB). Jest to wynik liczony według metodologii UE. A kiedy odejmie się jednorazowe działania związane z opodatkowaniem transferu OFE na indywidualne konta emerytalne czy z dochodami ze sprzedaży praw do emisji CO2, to deficyt w finansach publicznych sięgnąć ma ok. 48 mld zł (2,2 proc. PKB). 

W takiej sytuacji mówienie o zrównoważonym budżecie nie ma już większego sensu. Rząd musiał zrealizować formalnie zerowy deficyt, ponieważ do tego zmuszała go reguła fiskalna zaszyta w ustawie o finansach publicznych. Ale przeniesienie części wydatków do funduszu nie objętego dotychczas regułą fiskalną jest pierwszym krokiem do likwidacji tej reguły lub jej okrojenia. Ponieważ agencje ratingowe przywiązują do reguły fiskalnej dużą wagę, więc rząd będzie miał zagwozdkę jak sobie z nią poradzić. Na razie wybrał jej obejście.

Powiększenie deficytu w czasie spowolnienia gospodarki nie jest oczywiście czymś, co powinno budzić jakiś niepokój. Jednak każdy, kto przywiązuje wagę do znaczenia stabilnych reguł gry w gospodarce i polityce gospodarczej, musi czuć się zawiedziony takim potraktowaniem reguły wydatkowej. W długim okresie to nie będzie służyło stabilności finansów publicznych. Lubimy w Polsce Czechów, ale wciąż nie chcemy być jak Czesi.

Źródło danych ekonomicznych: LINK

Chcesz samodzielnie analizować dane ekonomiczne? Platforma SpotData to darmowy dostęp do ponad 40 tysięcy danych z polskiej i światowej gospodarki, które można analizować, przetwarzać i pobierać w formie wykresów i tabel do Excela.

Sprawdź na:  www.spotdata.pl/ogolna

Poniższy tekst pochodzi z newslettera Dane Dnia prowadzonego przez Ignacego Morawskiego, dyrektora centrum analiz SpotData. Chcesz codziennie takie informacje na swoją skrzynkę? Zapisz się na newsletter SpotData.


O Autorze:

Ignacy Morawski

Ignacy Morawski, dyrektor centrum analiz SpotData

Ignacy Morawski jest pomysłodawcą projektu i szefem zespołu SpotData. Przez wiele lat pracował w sektorze bankowym (WestLB, Polski Bank Przedsiębiorczości), gdzie pełnił rolę głównego ekonomisty. W latach 2012-16 zdobył wiele wyróżnień w licznych rankingach, zajmując m.in. dwukrotnie miejsce na podium konkursu na najlepszego analityka makroekonomicznego organizowanego przez Narodowy Bank Polski. W 2017 roku znalazł się na liście New Europe 100, wyróżniającej najbardziej innowacyjne osoby Europy Środkowej, publikowanej przez „Financial Times”. Absolwent ekonomii na Uniwersytecie Bocconi w Mediolanie i nauk politycznych na Uniwersytecie Warszawskim.
 
Europejski konsument zaskoczył optymizmem

W tym tygodniu pojawiły się dwie informacje czysto makroekonomiczne, które mogły wywołać spore zaskoczenie. Jedną opisałem wczoraj – to wyskok inflacji w Polsce, który nota bene został zlekceważony przez Radę Polityki Pieniężnej w jej środowym komunikacie. Ale jest też drugie ciekawe zaskoczenie – sprzedaż detaliczna w Europie. Ona rośnie, pięknie rośnie! Gdyby Europejczycy przywiązywali tyle wagi do konsumpcji, co Amerykanie, to negatywne opinie o stanie gospodarki na pewno nie byłyby aż tak rozpowszechnione.

W listopadzie sprzedaż detaliczna w strefie euro wzrosła o 2,2 proc. rok do roku (na podstawie danych odsezonowanych), czyli właściwie zgodnie z długookresowym trendem. Najciekawsze jest spojrzenie na zestawienie sprzedaży i produkcji przemysłowej. NIGDY nie zdarzyło się, by sprzedaż utrzymywała stabilne tempo wzrostu w czasie recesji produkcji. Nigdy od początku istnienia strefy euro. Ten zupełny brak przełożenia zawirowań w przemyśle na handel jest zaskakujący. Jest to zapewne efekt dobrej sytuacji na rynkach pracy krajów europejskich, a to z kolei wynika z wstrzemięźliwości firm przemysłowych w zwalnianiu pracowników.

Przeciętny konsument od recesji w światowym handlu towarami wciąż jest bardzo daleko.

Źródło danych ekonomicznych: LINK

Chcesz samodzielnie analizować dane ekonomiczne? Platforma SpotData to darmowy dostęp do ponad 40 tysięcy danych z polskiej i światowej gospodarki, które można analizować, przetwarzać i pobierać w formie wykresów i tabel do Excela.

Sprawdź na:  www.spotdata.pl/ogolna

Poniższy tekst pochodzi z newslettera Dane Dnia prowadzonego przez Ignacego Morawskiego, dyrektora centrum analiz SpotData. Chcesz codziennie takie informacje na swoją skrzynkę? Zapisz się na newsletter SpotData.


O Autorze:
Ignacy Morawski

Ignacy Morawski, dyrektor centrum analiz SpotData

Ignacy Morawski jest pomysłodawcą projektu i szefem zespołu SpotData. Przez wiele lat pracował w sektorze bankowym (WestLB, Polski Bank Przedsiębiorczości), gdzie pełnił rolę głównego ekonomisty. W latach 2012-16 zdobył wiele wyróżnień w licznych rankingach, zajmując m.in. dwukrotnie miejsce na podium konkursu na najlepszego analityka makroekonomicznego organizowanego przez Narodowy Bank Polski. W 2017 roku znalazł się na liście New Europe 100, wyróżniającej najbardziej innowacyjne osoby Europy Środkowej, publikowanej przez „Financial Times”. Absolwent ekonomii na Uniwersytecie Bocconi w Mediolanie i nauk politycznych na Uniwersytecie Warszawskim.