Liczba restrykcji będzie rosła, ale rząd obiecuje brak lockdownu

Wygląda na to, że Europa Środkowa została trochę uśpiona łagodnym przebiegiem pierwszej fali epidemii SARS-CoV-2 i teraz płaci za to rozluźnienie cenę w postaci szybkiego przyrostu zasięgu choroby. Ostatnie dane z Polski czy Czech są niepokojące i wskazują na narastające obciążenie systemów szpitalnych pacjentami ze stwierdzonym koronawirusem. Dziennych zgonów w tych dwóch krajach – w przeliczeniu na milion mieszkańców – jest już więcej niż we Francji. Z dużym prawdopodobieństwem czekają nas większe restrykcje aktywności społecznej, choć rząd – ustami ministra Jarosława Gowina – zapowiada, że nie będzie twardego lockdownu.

We wtorek liczba osób hospitalizowanych w Polsce gwałtownie podskoczyła – do 3719 (18 proc. w ciągu jednego dnia), co daje 98 osób na milion mieszkańców. Dla porównania w Czechach hospitalizowanych jest niemal 130 osób na milion, a we Francji 112 na milion. Jednocześnie liczba zgonów, jak wspomniałem, jest już w krajach regionu wyższa niż we Francji.

Niepokojące jest szczególnie tempo przyrostu liczby hospitalizowanych w Polsce. Przyrost jest coraz wyższy u ujęciu liczbowym, a trend ma charakter wykładniczy. To jest bardzo zwodnicza sytuacja, bo zjawisko podążające trendem wykładniczym jest często długo niedoceniane zanim wybucha z przytłaczającą mocą w ciągu paru-parunastu dni. Zobaczymy, co przyniosą dane za kolejne dni. Musimy wypatrywać sygnałów wypłaszczenia trendu wykładniczego – dopóki to nie nastąpi, sytuacja będzie niebezpieczna.

Na razie rząd zdecydował się na ostrzejsze niż dotychczas egzekwowanie obowiązku noszenia masek. I dobrze, bo wiele badań pokazuje, że jest to skuteczny instrument ograniczający zasięg epidemii (tutaj dobre podsumowanie badań).  Ale w strategii rządu niezrozumiałe są dla mnie dwa punkty. Po pierwsze, dlaczego czerwone strefy są wyznaczane na podstawie liczby nowych zakażeń a nie liczby hospitalizacji? Przecież przy niskiej liczbie testów liczba zakażeń nie pokazuje stanu epidemii. Po drugie, dlaczego wciąż bardzo luźne jest podejście do dużych zgromadzeń publicznych, takich jak wesela i inne imprezy? W wielu krajach o mniejszym zasięgu epidemii podejmuje się bardziej radykalne kroki w celu ograniczenia dużych zgromadzeń.

Sądzę, że priorytetem dla rządu i społeczeństwa powinno być utrzymanie przez okres epidemii normalnej działalności szkół i jak największej liczby firm. Bazując na doświadczeniach innych krajów można dojść do wniosku, że nie da się tego osiągnąć bez wyłączenia jakieś części aktywności społecznej. Lepiej wcześniej przerwać linie transmisji wirusa na przykład na imprezach (weselach) niż później w szkołach, sklepach i firmach. Ślub może poczekać, choć to na pewno boli, a straconego miejsca pracy nie da się ławo przywrócić. A nadrobienie straconego przez dziecko roku w szkole może być niemal niemożliwe dla dzieci z uboższych rodzin.

Ograniczenie pewnej części aktywności społecznej będzie nas kosztowało troszkę – przy rozsądnej polityce gospodarczej niewiele osób na tym ucierpi; a ewentualny lockdown będzie kosztował dużo, więc rozkład ryzyk jest niesymetryczny. Lepiej się pomylić w stronę za wczesnej ograniczonej reakcji niż za późnej gwałtownej reakcji.

PB Forecast

Powyższy tekst pochodzi z newslettera Dane Dnia prowadzonego przez Ignacego Morawskiego, dyrektora centrum analiz SpotData. Chcesz codziennie takie informacje na swoją skrzynkę? Zapisz się na newsletter SpotData.

O Autorze:

Ignacy Morawski

Ignacy Morawski, dyrektor centrum analiz SpotData

Ignacy Morawski jest pomysłodawcą projektu i szefem zespołu SpotData. Przez wiele lat pracował w sektorze bankowym (WestLB, Polski Bank Przedsiębiorczości), gdzie pełnił rolę głównego ekonomisty. W latach 2012-16 zdobył wiele wyróżnień w licznych rankingach, zajmując m.in. dwukrotnie miejsce na podium konkursu na najlepszego analityka makroekonomicznego organizowanego przez „Rzeczpospolitą” i Narodowy Bank Polski. W 2017 roku znalazł się na liście New Europe 100, wyróżniającej najbardziej innowacyjne osoby Europy Środkowej, publikowanej przez „Financial Times”. Absolwent ekonomii na Uniwersytecie Bocconi w Mediolanie i nauk politycznych na Uniwersytecie Warszawskim.